Strategia węża
Pewna panna uznała, że należy jej się to, co najlepsze.
Dlaczego tak sądziła, pozostaje tajemnicą.
Można tylko spekulować, że obejrzała bezkrytycznie zbyt wiele reklam telewizyjnych.
Kiedy więc poznała kawalera z klasą (i z kasą) uznała za stosowne poddać go testom na najlepszość. Wyszukała w internecie odpowiednią usługę.
Oferta handlowa brzmiała:
„Za odpłatą pomogę Ci sprawdzić wierność Twojego męża, chłopaka, narzeczonego.
Zagram każdą rolę – opiekunkę do dziecka, petenta w biurze rachunkowym, stewardessę albo ekspedientkę. A wszystko wykalkulowane, by sprawdzić wierność niczego nieświadomego mężczyzny. Testowanie wierności mężczyzn nie ogranicza się do wieczornego wypadu do baru i wyrywaniu mężczyzn. Muszę zrozumieć sposób myślenia mojego "celu", dowiedzieć się, co mu się podoba. Dopiero wtedy mam narzędzia, by zapędzić go w pułapkę. Przeszłam szkolenie w zakresie prowadzenia śledztwa, w swej pracy wykorzystuję nowoczesny sprzęt. Wykonuję zajęcie wymagające wysokich kwalifikacji”.
Panna wyłożyła sporo mamony tylko po to, żeby przekonać się, że kawaler z klasą i kasą jest zwierzęciem.
Zwierzę to zostało nagrane, sfotografowane i jako pakiet danych rzucone na jej biurko.
Na krótkim wideofilmie panna mogła sobie obejrzeć, jak jej samiec ślini się i mlaszcze pożądliwie ozorem w bliskości obcej, acz nachalnej samicy.
Wstrząśnięta do głębi i grozą przejęta, zdała sobie sprawę, że za ciężkie pieniądze uzyskała dostęp do prawdy, która dla mniej zarozumiałych kobiet jest dostępna za darmo.
Prawda ta wygląda mniej więcej tak:
Została sformułowana tak dawno, że mogła już zostać pogrzebana pod zwałami narcystycznych sądów człowieka na własny temat. Tylko niepamięć tego, co spotkało Adama, gdy Ewa weszła w komitywę z wężem, tłumaczy ponawiane wciąż próby testowania ludzkiej zdolności opierania się pokusie.
I cóż to za bezsensowny test, którego wynik jest aż tak przewidywalny?
Panna poszukująca kawalera selektywnie nieczułego na damskie wdzięki, szuka świętego Graala.
Przypuszczam, że zdąży się zestarzeć i zbankrutować.
No, chyba, że wynajmie testerkę wierności tak paskudnej urody, że przeciętnie wrażliwy osobnik męski zdoła odczołgać się na bezpieczną odległość.
Przy okazji wysłuchiwania tej ponurej, lecz komicznej historyjki, zaczytałam się w pewnej medialnej dyskusji na temat zdrady. Zadziwiające, że wszyscy biorący w niej udział – mężczyźni i kobiety – chociaż wyszli z rozmaitych obszarów myślowych, dotarli nie dalej, niż do smętnego behawioryzmu odzwierzęcego.
Człowiek sprowadzony do roli targanego popędami dzikusa, niezdolny do aktu wolnej woli, niezdolny do jakiegokolwiek czynnego oporu wobec miotających nim pożądań.
Cykl „bodziec – reakcja” został przedstawiony jako jedyna opcja.
Parafrazując: jeśli leży przed tobą cudza torebka (cudza żona, cudzy osioł), to MUSI dojść do aktu kradzieży (cudzołóstwa, codzoosielstwa), bo taka jest twoja biologia i nic na to nie poradzisz.
Wydawać się może, że logiczną konsekwencją tego poglądu powinien być spektakularny upadek wszelkich agencji do spraw testowania wierności, uczciwości i innych cnót.
Te bowiem w przyrodzie nie istnieją, jak twierdzą behawioryści.
Istnieją tylko popędy, oraz mniej lub bardziej gwałtowne sposoby ich zaspokojenia.
Tymczasem agencje testerskie, czyli ludzkie narzędzia pełniące rolę węża-kusiciela, mają się świetnie.
Testerzy płci obojga mają zajęcie dniem i nocą (tak, nocą też, chociaż podobno fizyczna konsumpcja zapędzonego w kozi róg nieszczęśnika/nieszczęśnicy jest w umowie zabroniona).
Jak wyjaśnić ten kompletny brak logiki i konsekwencji u dorosłych ludzi?
Oto z jednej strony uznaje się za „naturalne” zaspokajanie popędów bez skrępowania.
Z drugiej zaś płaci się za usługę „testowanie cnót”, które podobno nie istnieją.
Moim skromnym zdaniem wyraża to li tylko rozpaczliwą tęsknotę za „czymś więcej”.
Za czymś wstydliwie pomijanym w procesie socjalizacji i edukacji, a we wszelkich dyskusjach „na poziomie” wręcz zakazanym.
Tym czymś jest moralność.
Tylko perwersyjny diabelski humor mógł sprawić, że poszukiwanie moralności odbywa się w najbardziej amoralny sposób, jaki dało się wymyślić.
Manipulacja, prowokacja i kłamstwo po jednej stronie miałyby przynieść potwierdzenie cnót po drugiej?
Co nam to mówi o moralności zlecającego test?
Jednego jestem pewna: gdyby ktoś chciał testować siebie zamiast partnera, mógłby się dowiedzieć czegoś istotnego.
W innym razie jest tylko żałosną emanacją biblijnego węża, oraz, co tu owijać w bawełnę, głupcem goniącym własny ogon.
Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim 24 września 2013 / nr39
Rollins, jeśli obiecasz, że nie będziesz już więcej mówił W IMIENIU facetów (ogólłłu) to ja nic nie napiszę w imieniu ogółu bab:)))
Nie ważne czy mówisz w czyimś imieniu, a jak tak, to w czyim. Ważne żeby była to prawda.