Humoreski ponure, Tygodnik Ciechanowski

Tfu, sukces!

Miałam pisać filozoficznie o kotach, ale odłożę to do następnego tygodnia.
Zresztą filozoficznie o kotach (krowach, koniach, świerszczach, glonach) mogę pisać bez końca i w każdych okolicznościach.

Tymczasem chcę się odnieść do pewnego pojęcia, które boleśnie wpadło mi w oko z samego rana.
Utkwiło jak kolec i życzy sobie zostać omówione.
Nigdy nie zgadlibyście, jakie słowo wyprowadziło mnie  z równowagi.
Oto ono: SUKCES.

Pojęcie, którego zawartość, jeśli dokładnie ją obejrzeć, może wywołać dreszcz grozy i wysypkę.

Czy przyszłoby mi do głowy, żeby sformułować zależność między zjawiskami, która brzmi: sukces wymaga ofiar?
Żeby połączyć ze sobą dwa fenomeny, pochodzące z dwóch różnych biegunów rzeczywistości, i nadać temu status prawdy objawionej?
Panie, uchowaj!

Ale oto czytam o poranku wywiad z psychiatrą, doktorem Cechnickim z UJ, bo wywiady z psychiatrami potrafią mnie rozśmieszyć jak mało co.
Tylko, że wcale się nie śmieję.
Zaczynam się wkurzać.

Skręca mnie, żeby  wrzasnąć: Panie, co pan wygadujesz?
Dziennikarzowi mam ochotę zasadzić mocnego kopa, żeby się ogarnął i chwilę pomyślał nad zdaniem, które z taką lekkością wypowiada:
Sukces wymaga ofiar.

Czy nadal trzymałby się tej wersji, gdyby on sam miałby stać się ofiarą?
Póki co za ofiarę „sukcesu” (odtąd z premedytacją stosuję cudzysłów) uważana jest co czwarta rodzina w naszym kraju. Co czwarta!
Według dostępnych danych, w co czwartej rodzinie żyje osoba dotknięta zaburzeniami psychicznymi.
Depresje, stany psychotyczne, obsesje, kompulsje, uzależnienia i ich permutacje.

Pominę wywód doktora o zależności między instytucjami państwa a zdrowiem psychicznym obywateli, który się kupy nie trzyma.
Skoncentruję się na (tak samo bezsensownej) konkluzji: „Sukces ma swoją cenę, a jest nią zdrowie psychiczne”.

Może już wam intuicja podpowiada, że jeśli za coś trzeba zapłacić zdrowiem (psychicznym, fizycznym czy duchowym) to za jasną cholerę nie można nazwać tego czegoś „sukcesem”.
Pułapką, tunelem bez światełka na końcu, jamą chłonącą, bramą piekielną – okej.
Ale „sukcesem”?

Przecież, o ile ktoś ma po kolei w głowie, natychmiast zgrzytnie mu dysonans: jeśli są ofiary, to jakiż to na Boga miłosiernego „sukces”?

Pewna pani rzekła do mnie niegdyś z emfazą: – Jakże ja ci strasznie współczuję, że nigdy nie widziałaś stu tysięcy!

Fakt.
Nigdy nie widziałam stu tysięcy i zupełnie nie mam ochoty ich oglądać.
Tamta pani zaś nigdy nie widziała zająca i z mojego punktu widzenia to ona jest godna współczucia.

Zamiast jednak wzajemnie się nad sobą litować, spróbujmy sprawdzić fakty.
To nie ja się u niej leczyłam, ale odwrotnie.
A z tego już da się wysnuć jakiś wniosek. Na przykład taki: człowiek, który ma „wszystko” (tu koniecznie proszę zostawić cudzysłów) pyta osobę, która nie posiada nic (bez cudzysłowu) o to, jak ma żyć.

Ja na to:
A skąd mam to wiedzieć? To twoje życie, nie moje.
Jedno mogę ci natomiast powiedzieć z wielką pewnością: Każdy twój wybór ma swoją cenę.
Księgowość życiowa jest nad wyraz łatwa.

Mamy dwa konta.
Kiedy przychodzimy na świat, jedno jest pełne, a drugie puste.
To pełne, to pula czasu, który został nam dany.
To puste, to świat materialny, obszar rzeczy, z których żadna do nas nie należy, bo przychodzimy tu nadzy.

Między tymi kontami istnieje ścisła, matematyczna zależność: im więcej pragniesz posiadać, tym mniej czasu ci zostanie na cieszenie się życiem. Na kontemplowanie cudu istnienia. Na miłość, przyjaźń, rodzicielstwo, dobre uczynki, koty, zające i spadające meteory.
Każda zabawka, którą trzeba kupić za pieniądze daje się dokładnie przeliczyć na sekundy, minuty, dni i lata, pobierane z konta życia.
Na dodatek trzeba jej później pilnować i o nią dbać.

Co jest dla kogo wartością, nie moja rzecz.
Nie można natomiast – tego możecie być pewni – oszukać tej bazowej księgowości życia.
Można wybrać, a kiedy już się wybierze, iść i płakać.

Albo zatrzymać się.
Tak, zawsze możesz zmienić zdanie.
Teraz.
Albo wtedy, kiedy z powodu rywalizacji, gonitwy, lawirowania w wyścigu szczurów, ambicji, całego tego szaleństwa, którego już nie jesteś w stanie kontrolować, przepali ci się bezpiecznik. Czy liczysz na to, że wtedy pomoże ci zinstytucjonalizowana psychiatria?
Cóż, jeżeli sądzisz, że skrapiając głowę wodą możesz bezpiecznie mieszkać w płonącym domu, to powodzenia.

Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim 20 sierpnia 2013 / nr34

20 komentarzy

  1. będąc młodym biednym studentem marzyłem o posiadaniu wielu rzeczy które miałyby się przyczynić do mego sukcesu życiowego, część marzeń została spełniona, zostało mi dane wiele.cieszę się ze stanu posiadania i martwię,że to wszystko stracę tkwiąc we wnętrzu swoistej sprzeczności…i tak z dnia na dzień poziom entropii wzrasta a ja ciągle czuję się niczym asceta w pałacach maharadży, wchodzę na ten słup niczym Szymon Słupnik i drwię z siebie, śnię ten sen o szczęściu licząc, że Prezes-Kreator, wyposażył mnie w super niezniszczalny bezpiecznik odporny na polewanie wodą i wysokie temperatury:)
    tymczasem pozdrawiam z górskiego szlaku jutro wdrapuję się z mym ośmioletnim sukcesem na Śnieżkę, …i tylko nie pytajcie po co 😉

  2. Och, ja doskonale wiem, po co Wy tam idziecie na tę Śnieżkę!
    I drugie och, jak ja tęsknię za górami, za ich zapachem, wytrawnym powietrzem, lodowatymi strumieniami…

    Ale u mnie też fajnie:)

    Miłego!!!

  3. O! Dobrze, że artykuł bez „szaty dźwiękowej” 😉

    Zawsze myślałem, że to wojna wymaga ofiar…

    Jak widać psychiatrzy potrafią…

    Nie za bardzo się zgadzam z tą matematyczną zależnością między kontami.
    „Im więcej pragniesz posiadać, tym mniej czasu zostanie ci na cieszenie się życiem”
    Może nie rozumiem intencji Pani Autorki.
    A może Pani Autorka zbyt uogólniła? 🙂

    Przecież człowiek nie musi chcieć posiadać tylko rzeczy materialnych, pieniędzy.

    Czy zawsze pragnienie posiadania czegoś i dążenie do (już nie będę mówił sukcesu 🙂 ) celu musi być…
    Powiem inaczej.
    Czy nie można, dążąc do posiadania czegoś, cieszyć się życiem? Zawsze to musi być strata czasu? Udręka?

    Ja, kiedy chcę posiąść jakąś laskę, to uwielbiam ją zdobywać. I cieszę się wtedy życiem 🙂

    A Pani Ania kiedy idzie na grzyby…
    I chce ich zebrać i więcej, i więcej…
    To nie cieszy się wtedy życiem? 🙂

    Dobra, kończę, bo jeszcze zapędzę Autorkę w „kozi róg” i mi się znowu oberwie od Tępaków i Pał.

    A propos
    Skoro przychodzimy na świat nadzy, to…
    moja pała należy do mnie. Więc nie jest tak, że nic nie mam 🙂

  4. Odpowiadam na Twe pytania Rollinsie:

    „Czy zawsze”… TAK

    „Czy nie można”… NIE

    Buźka

  5. Łe! Wolałbym z argumentacją…

    Pani Aniu, to nie jest test, a ja nie jestem wykrywaczem kłamstw 😉

  6. Łe, czegóż to ja bym nie wolała….
    Ale mamy co mamy i – jeśli jesteśmy mądrzy – to właśnie lubimy.

    Jesteśmy?

  7. Można wybrać. To jest najważniejsze zdanie. Można wybrać poświęcenie iluś tam godzin, przez które nie da sie oglądać zajęcy,w czasie których to godzin się zarobi na to czy na tamto. Na zabawki lub na rzeczy ważne. Na zapłacenie za badanie diagnostyczne rodziców bez czekania dwa lata. Na bilet do muzeum. Na weterynarza. Na książkę. Na normalne, comiesięczne rachunki. Na serwis aparatu foto. Coś za coś. Czasem boleśnie. Bo by się chciało oglądać zające, a nie zapierdalać. Czasem nie za bardzo to lubiąc. Nie wszystko da się lubić.

  8. I kiedy już się wybierze, świadomie, nie warto wyrzekać, że jest się zniewolonym. Bo się wybrało. Świadomie.
    Jeden smartfona, drugi zająca:)

  9. Po fizycznym wysiłku układania wielkiego kupska pociętego drewna, doszłam do wniosku, że jestem głupia i nadęta, i stąd się wzięło Wasze słuszne rozdrażnienie tym tekstem.
    Mea culpa, mea bardzo wielka culpa!
    Rollinsie i Do-Do, nie było zasadniczym celem tego felietonu atakowanie stylu życia opartego na konsumpcji i dorabianiu się. Jedynie nazywanie sukcesem tego, co w rezultacie przynosi cierpienie miało być meritum. Jak również manipulacja pojęciowa, sprawiająca, że wszystko poniżej i obok tego stylu życia jest dziadostwem i porażką.
    Byłoby to pewnie jasne, gdyby nie wstawka o zającu i jej kontekst. Jeśli wydaje Wam się ona małostkowa to dlatego, że taka właśnie jest. Przyłapałam siebie na małostkowej złośliwości i z pełną premedytacją pozostawiłam tekst bez poprawki – za karę.

  10. Dorotkę to lubię m.in. za to, że jak trzeba, to potrafi użyć odpowiedniego słowa, a nie bawi się w jakieś niepotrzebne i niepasujące do sytuacji „ąę” 🙂
    Pozdrawiam
    PS Do Ani też się to odnosi.

  11. Cyt. „Łe, czegóż to ja bym nie wolała….
    Ale mamy co mamy i – jeśli jesteśmy mądrzy – to właśnie lubimy.

    Jesteśmy?

    admin

    31 sie 2013 o 20:24”

    Mądrzy raczej nie, ale lubimy 😉

    Pani Aniu, ja się wcale nie rozdrażniłem tym tekstem.
    Jako wrodzony szczególarz i konkretny gość ( tzw. konkreciarz 😉 ) po prostu lubię wszystko dopiąć i wyjaśnić do końca.
    Miłej niedzieli

  12. „Sukces ma swoją cenę, a jest nią zdrowie psychiczne”

    To chyba raczej nie chodzi o to:  "Na zapłacenie za badanie diagnostyczne rodziców bez czekania dwa lata. Na bilet do muzeum. Na weterynarza. Na książkę. Na normalne, comiesięczne rachunki. Na serwis aparatu foto. Coś za coś. Czasem boleśnie. Bo by się chciało oglądać zające, a nie zapierdalać."

    Ani też nie o to

     "Ja, kiedy chcę posiąść jakąś laskę, to uwielbiam ją zdobywać. I cieszę się wtedy życiem" :)))))

  13. Nie, o żadną z tych sytuacji, bo żadna z nich w moim pojęciu nie nosi cech „sukcesu”, chyba, że się uprzeć na jakieś semiotyczne wymioty pojęciowe.

    Ale – i to jest kluczowa sprawa – jeśli odbiorca nie jest pewien o czym czyta, to jest to wyłączna wina nadawcy, czyli autora tekstu, czyli MOJA.

    Na tym kończę te niedzielne praktyki ekspiacyjne i udaję się na ganek oglądać zające:)

  14. No, ja już nie będę wspominać, jakiego Ty potrafisz użyć słowa, Rollins. To dopiero jest SŁOWO:))))

  15. Chodziło mi o to, że straty w ludziach i sprzęcie oraz uszczerbek na umyśle są efektem ubocznym zasuwania niekoniecznie na smartfona (te akurat potaniały, droższą zabawką jest dumbphone czyli nowy stary model z klawiszami) i niekoniecznie wynikają ze stylu życia nastawionego na konsumpcję. Ot, czasem się nazbiera tego, za co trzeba zapłacić żywą gotówką i doby za mało, żeby na to zarobić, nerwy to zżera i złącza przepala.
    A ja właśnie oglądałam zające przez weekend 🙂 Ale nie te kicające, tym razem były to zające, że tak powiem, metaforyczne. Bardzo piękne obrazy bowiem namalowane obejrzałam i przeżyłam, a do nich dołożyłam sobie w gratisie wczoraj film o ich twórcy i dzisiaj wykład pana, który film zrealizował. W gratisie, bo i film i wykład za darmo były. Nie do końca za darmo, bo mogłam w tym czasie pracować – ale to właśnie był mój wybór: popracuję więcej jutro. Za to wyciągnęłam całkiem przypadkiem bonus zupełnie niespodziewany i nadprogramowy – otóż spędziłam niemal trzy godziny na rozmowie z panem od filmu i wykładu. Co ciekawe, sporo rozmawialiśmy o dokonywaniu wyborów, szczęściu i odpowiedzialności. Niezła mieszanka.

    Aniu – nie masz się co ekspiować, pokazałaś absurdalność pewnej sytuacji oraz absurdalność jej widzenia z pozycji psychiatrii zinstytucjonalizowanej i bardzo dobrze. Ja tylko chciałam pokazać perspektywę kogoś, kto w wyścigu szczurów nie bierze udziału, a i tak mu czasem bezpieczniki siadają.

    A propos psychiatrii zinstytucjonalizowanej – kiedy odiwedzałam moja przyjaciółkę na oddziale psychiatrycznym, był tam pewien pan, który właśnie przeszedł coś, co się staroświecko nazywa załamaniem nerwowym, z próbą samobójczą włącznie. Panu wszystkie zwoje się przegrzały, bo już nie wyrabiał,czując się odpowiedzialny za żonę, dzieci, kochankę i swoich pracowników, których nie chciał zwolnić, mimo pogarszającej sie sytuacji firmy. W odróżnieniu od większości pacjentów tego oddziału nie narzekał na brak odwiedzin. Właściwie cały dzień miał zajęty, od rana do wieczora. Żona, kochanka, księgowa, kierownik produkcji – wszyscy przychodzili z jakimiś papierami i konferowali z panem nieustająco. A w chwilach pomiędzy konferencjami nawijał przez komórkę. I tak od momentu, kiedy wstał po płukaniu żołądka. Trochę mnie dziwiło, dlaczego lekarz prowadzący na to pozwala. Ale – może miał za dużo pracy i nie ogarniał.

  16. Kapitalny obrazek namalowałaś, lepszej ilustracji empirycznej do mojego felietonu ze świecą szukać. Widzę tego Pana Przegrzanego, który pozwala eksploatować swoje przegrzane zwoje z braku alternatywnej odpowiedzi. Z braku w słowniku wewnętrznym wspaniałego słowa, które można wypowiedzieć, (ale strach, bo nic nie pozostanie) i spokojnie zwariować. Słowo brzmi NIE.

    Stałam kiedyś nad przepaścią na górskiej wędrówce. Ekspozycja była całkiem straszna, skały w dole i te pe. Wszyscy podziwiali widoki i nieco się trzęśli z emocji, tylko jeden pan sprzedawał arbuzy przez telefon komórkowy. Wagony z arbuzami. Tak się zaperzył transakcją, że spadł ze skały. Nie na sam dół, na szczęście. Ale boleśnie. Wylazł i dalej sprzedawał arbuzy.

    Miłego dnia, tygodnia, miesiąca, roku i wieczności!

  17. Cyt. „Ale – i to jest kluczowa sprawa – jeśli odbiorca nie jest pewien o czym czyta, to…”
    może niech się po prostu nie odzywa 🙂
    A postara zrozumieć

  18. Już nie będę mówił czyja to jest wina, że nie jest pewien o czym czyta.
    Wina…
    miałem za dużo w weekend 🙂

  19. Cytuję Dorotkę (choć pewnie i tak już tu nie zajrzy) „A propos psychiatrii zinstytucjonalizowanej – kiedy odwiedzałam moja przyjaciółkę na oddziale psychiatrycznym, był tam pewien pan, który właśnie przeszedł coś, co się staroświecko nazywa załamaniem nerwowym, z próbą samobójczą włącznie. Panu wszystkie zwoje się przegrzały, bo już nie wyrabiał,czując się odpowiedzialny za żonę, dzieci, kochankę i swoich pracowników, których nie chciał zwolnić, mimo pogarszającej sie sytuacji firmy. W odróżnieniu od większości pacjentów tego oddziału nie narzekał na brak odwiedzin. Właściwie cały dzień miał zajęty, od rana do wieczora. Żona, kochanka, księgowa, kierownik produkcji – wszyscy przychodzili z jakimiś papierami i konferowali z panem nieustająco. A w chwilach pomiędzy konferencjami nawijał przez komórkę. I tak od momentu, kiedy wstał po płukaniu żołądka. Trochę mnie dziwiło, dlaczego lekarz prowadzący na to pozwala. Ale – może miał za dużo pracy i nie ogarniał.”

    Moje zdanie jest takie, że ten lekarz („świetny”) chciał się po prostu naocznie przekonać co wywołało u pacjenta to załamanie nerwowe, żeby wiedzieć co mu doradzić, co zapisać… 😉

  20. Cyt. „Stałam kiedyś nad przepaścią na górskiej wędrówce. Ekspozycja była całkiem straszna, skały w dole i te pe. Wszyscy podziwiali widoki i nieco się trzęśli z emocji, tylko jeden pan sprzedawał arbuzy przez telefon komórkowy. Wagony z arbuzami. Tak się zaperzył transakcją, że spadł ze skały. Nie na sam dół, na szczęście. Ale boleśnie. Wylazł i dalej sprzedawał arbuzy.”

    „Powiedzenie” Rollinsa (wymyślone właśnie przed chwilą :))
    „Pamiętaj zawsze, że chcąc upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, możesz tylko boleśnie potłuc sobie dupsko i…
    zrobić z siebie kompletnego kretyna”

    Może być? 🙂

Leave a Reply