Bohater naszych czasów
Smutne to będzie.
Jeśli nie chcecie psuć sobie nastroju, nie czytajcie.
Chociaż piszę właśnie po to, żebyście czytali, żebyście spojrzeli moimi oczami na to, co w obsesyjnie zagonionym świecie umyka uwadze.
Piszę tylko o tym, co wciąż potrafi mnie poruszyć.
Szkoda mi czasu na pierdoły.
Wam pewnie też.
Domyślam się, że w dniu narodzin małego księcia z Londynu poszliście pielęgnować ogród. Ja tak zrobiłam, bo jest jakaś hierarchia ważności spraw, które nas dotyczą i tego należy się trzymać.
Chwasty nas dotyczą.
Małe książątka nie.
Mamy własne pasożyty, ciamkające łakomie na każdym szczeblu – od gminy aż po parlament.
Lecz nie o nich dziś będę zrzędzić, bo do wyborów zostało sporo czasu (a przynajmniej tak sądzą nasze pasożyty). Kiedy odchowam trochę moje kocięta, napiszę poradnik gminnego wyborcy, z uwzględnieniem najmniej i najbardziej pożądanych cech osobowości wybieranego pasożyta. Opierając się na dokonaniach neurobiologii, genetyki i psychometrii, rzecz jasna
.
Dziś przedstawiam wam bohatera naszych czasów.
Wbrew pozorom nie jest nim w ciemię uderzony i najarany celebryta. Nie jest nim kultowy pisarz, ani kultowo zdopingowany erytropoetyną sportowiec.
Nie śpiewak dźwięczny, nie modelka wdzięczna.
Ulubionym bohaterem mediów jest dziś bowiem zwykły człowiek, czyli człeczyna.
Aby się o tym przekonać, wystarczy prześledzić uważnie poczynania zwykłych dziennikarzy (czyli dziennikarzyn): z kim też oni koniecznie chcą rozmawiać, o czym i w jaki sposób.
Przez ostatnie kilka miesięcy mogłam poznać dogłębnie (niechętnie) życie wewnętrzne i zewnętrzne człeczyny.
A przy okazji (jeszcze mniej chętnie) umysłową aktywność dziennikarzyny.
Kim jest ten nowy typ bohatera?
Co reprezentuje, z czym się zmaga i dlaczego akurat on, a nie ty, stał się ulubieńcem mediów i podmiotem psychospołecznej interakcji, zwanej wywiadem dziennikarskim?
Człeczyna, w odróżnieniu od ciebie czy mnie jest neofitą, który właśnie odkrył pod czapeczką jakieś zwoje, po których hasają impulsy elektrochemiczne, wystukujące alfabetem Morse’a takie oto zdanie:
– Co ja kurwa robię?
No właśnie, co?
Człeczyna, przyłapawszy się na tym, że mdli go na widok własnej gęby w lustrze, pędzi do mediów, aby w rozległym wywiadzie-rzece wyznać za jednym zamachem wszystkie grzechy: własne i kolegów po fachu.
Zważcie, że udaje się do dziennikarza, a nie do prokuratury, kościoła czy na policję. Symptomatyczne? Owszem.
Dziennikarzyna, dusza człeczynie pokrewna, tworzy natychmiast zarąbisty, sensacyjny tytuł, z gatunku: „Wrzucał do zupy paznokcie i spermę!”.
Oczywiście dalszy ciąg jest o tym, że teraz już nie wrzuca, bo stał się dobrym człowiekiem.
Robił to, kiedy był kucharzem w pięciogwiazdkowych hotelach, teraz pragnie o tym opowiedzieć.
I koniecznie dodać, że sam nie zjadłby niczego w knajpie, bo inni wrzucają do żarcia jeszcze obrzydliwsze ingrediencje.
(Ciekawe, jakie!)
W podobny sposób publiczną, oczyszczającą spowiedź odbyli:
Pan kręcący liczniki i sprzedający sprowadzany z Niemiec, klepany złom jako samochody, czyli dealer.
Pan, handlujący pod szkołami amfetaminą i gandzią, czyli też dealer.
Dostawca mięsa, wyznający, że to, co dostarczał do orientalnych barów było ponownie żywe, chociaż dawno martwe – dealer ścierwa.
Student politechniki, snujący obrzydliwą opowieść o swojej pracy w seksteleburdelu, gdzie podszywając się pod gorącą laskę naciągał napalonych jak marcowe zające facetów na bardzo drogie esemesy.
Wystresowany na szkoleniach dla akwizytorów trzydziestolatek, nabierający sklerotyczne babcie na kupno garnków, kołder czy pseudomedycznych gadżetów rzekomo przywracających zdrowie.
Pisarczyk, mogący wskazać dziesiątki fałszywych magistrów-tępaków, którym za niewielkie pieniądze otworzył świetlaną przyszłość.
Wszystkich tych ludzi łączy podobny przymus, żeby z obscenicznymi detalami opowiedzieć o każdym świństwie i łajdactwie, jakiego się dopuścili, dodając koniecznie, że robili to dla żony i dzieci, żeby zapewnić im godne życie.
Uderza niekłamana satysfakcja, z jaką wspominają czerpane z tego łajdactwa zyski.
I jeszcze jedno powtarzają jak mantrę – gorące zapewnienia, że w ich fachu wszyscy tak właśnie postępują.
W żadnym z tych wywiadów, jak szumnie określa się tę moralną pornografię, nie doszukałam się dziennikarskiego pytania o empatię wobec osób skrzywdzonych, zranionych lub narażonych na niebezpieczeństwo, czyli klientów.
Tylko nachalna, podekscytowana ciekawość, ile na jakim przekręcie można zarobić. A na koniec zawoalowana konkluzja, że wszyscy jesteśmy oszustami.
Otóż nie.
Nie wszyscy.
Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim 30 lipca 2013 / nr31
Oddech ulgi i myśl „wreszcie ktoś to mówi”. Często mam to na tym blogu, nie dbam czy jestem blogowym lizusem czy nie, ale mam dosyć OBŁUDY. Obłudy świata, pseudomoralności.
Dokąd to wszystko do cholery zmierza?
Kto się dziś boi sądu ostatecznego? Bożej oceny? Tylko ludzie wrażliwsi, chorujący psychicznie, tacy co siedzą po ośrodkach i depeesach z zachwianym poczuciem bezpieczeństwa.
Cała banda normalnych, tzw. zdrowych nie ma czasu rozważać swojego życia podkopując pod kimś dołek, zarabiając kosztem kogoś albo rolując innych w sposób opisany w notce…
Dokąd to idzie?
Gdzie to zmierza?
Jeśli to dryfuje bez większego sensu, poczucia przyzwoitości, taktu, wzajemnego nieudawanego szacunku to po jakiego grzyba to wciąga tyle zagubionych jednostek?
dobrze, że siedząc na swojej tratwie podpływam na tratwę z Autorką tego bloga.
Jakie tam lizusowanie, dobrze mieć siostrzane dusze rozsiane po świecie. Szkoda, że mało nas, którzy boją się Boga…
mało nas, mało nas….przybijam do tratwy meduzy lub wsiadam na stultifera navis na jedno wychodzi 😉 nie lękajcie się o Boga czy Prezesa.<nigdy nie śpiewałem i śpiewać nie będę "łubu,du,bu" to nie ten klub.Dla zdrowotności swej nie czytam portali internetowych, szmatławych gazet i nie oglądam tivi ale ze mnie ZUCH. Serdeczności miejsko -wiejskie zasyłam. ps. "Dziunia" powędrowała do córki mej zobaczymy z jakim skutkiem.
Zuch! Dusza bratnia:)
jeszcze w temacie „Dziuni” słów kilka wszak od d… strony zacząłem z tym post scriptum sygnalizując mój stosunek do w/w lektury … otóż podpisuję się pod mottem „co Cię nie zabije, to Cię rozśmieszy”, dobry projekt scenariusza dla W. Smarzowskiego ewentualnie dla ekipy Monty Pythona, cóż kiedy zaraz po lekturze zostaje jakiś smutek i PUSTKA, na nic porozumiewawcze mruganie okiem autorki, poklepywanie czytelnika po ramieniu „ale nie o tym teraz” z samych dygresji poemat się nie składa…a może składa, sam już nie wiem ;)i gdyby się pokusić o podtytuł książki to proponuje „Dziunia czyli tam w deszczu pod deszcz i z powrotem „. Jeszcze raz serdecznie ściskammm, a z tymi meduzami to chyba przesadziłem to raczej tratwa na samotna wyspę all inclusive 😉
Każdy, kto mi mówi, że dał swojej córce Dziunię do czytania, prawi mi tym samym najwyższej klasy komplement, aż jest mi wstyd. Bo ja wstydliwa jestem z natury, jak każda meduza. Dlatego lubimy być przeźroczyste:)
Pozwólcie, że jeszcze pójdę za ciosem medialnego fetoru.
Dlaczego to pełznie, poci się, wymiotuje i obrzydliwie spływa w kierunku bliżej nieustalonym?
'Po tym wywiadzie pomyślałem, że te wszystkie gorzkie słowa o spsieniu mediów, prasy, mają podstawę. Bo dano temu człowiekowi to, o co mu chodziło’. Cytuję Miecugowa. Jeśli dziennikarz taplający się i zasilany medialnością dopiero na własnej skórze, po znieważeniu i publicznym upokorzeniu zaczyna widzieć, to czego wcześniej choć waliło po oczach i śmierdziało na kilometr „nie dowidział”, to nasze życie publiczne przypomina noszenie rajstop w upał. Masowe. Masowy brak sensu, ale zawsze znajdą się masy, które będą się w ten sposób naśladowały. Oczywiści racjonalizując to na tysiąc sposobów.
Pozdrawiam NIE wszystkich. tylko tych, co mnie rozumieją!
Ci, których NIE pozdrawiasz Dżo, raczej nie bywają na tym blogu. Zabójczy klimat bo za mało stupidatorów.
Też zwróciłam uwagę na narcystyczną reakcję Miecugowa. Biedactwo, rozjarzyło mu się pod skalpem, rychło w czas:)
Media są odbiciem potrzeb mas. Czy byłoby tyle tego, gdybyśmy tak chętnie tego nie brali, nie sięgali z rumieńcami po striptiz psychiczny, który oddemonizowuje 😉 życie normalnego bohatera?
Codziennie w tramwajach widzę obywatelki i obywateli zaczytanych w faktach sraktach i życiach na gorąco. Tacy niby spleenowi i hipsterscy Krakusi. Dla nich taka gazetka, internet to rytuał jak umycie się i zjedzenie śniadania.
Buziaki!
Dżoanno, tak i nie. Dylemat jajka i kury, popytu i podaży.
Zważ jednak na to:
Istnieje dosyć ohydna „nauka”, bękart skundlonej psychologii i skurwionej ekonomii, zwana UŚWIADAMIANIEM POTRZEB.
Nie będę się dłużej nad tym ścierwem rodzącym kolejne bękarty (techniki sprzedaży, wywieranie wpływu, kreowanie produktu etc) zatrzymywać, bo tym samym dodałabym temu splendoru :)))))
Oj tak. Myślę sobie teraz od strony kiepskiego produktu, który jako że się np nie sprzedaje zostaje wycofany z rynku.
Moja wyobraźnia czasem się zagalopowuje w wierze w transformację ducha i widzę zalegające tabloidziochy wywożone stosami na makulaturę. Umiem sobie wyobrazić bardziej świadome społeczeństwo. I to jest okropne, złudne, naiwne.
Siedzę na tej mojej tratwie i nie muszę się katapultować jak z sytuacji społecznej w tramwaju z pijanym kibolem, którego wszyscy się boją i któremu obleśnie i służalczo z lęku przytakują.
No, tak jak już wiem mam przerost gruczołu wyobraźni i to, co mnie się nie mieści inni ot, tak robią. To, co ja widzę oczami wyobraźni, innym do głowy nie przyjdzie.
A przeprowadzę się może do Hunzów i będę żyć w zgodzie z naturą, z dala od systemów politycznych.
Jako że mistrzem podlizywania jestem tutaj ja, więc artykuł skomentuję tylko tym „Pani Ania jest kochana” 🙂
Doskonale Cię rozumiem Dżo-ann.
Dzięki
Nawzajem
Też nie wiem. Coraz częściej budzę się i zastanawiam czy to czasem nie jest jakiś zły sen. Cholernie.
Niestety nie
Ty też jesteś kochany, Rollins. Każdy jest kochany. Przez co najmniej jedną osobę, a właściwie przez trzy:)
…tylko tu zaraz z Bogiem nie wyjeżdżaj, i Jego trzema osobami 🙂