Wielkanocna modlitwa dla przyjaciół

Wielkanocna modlitwa dla przyjaciół

Mądrzy ludzie są dobrzy i piękni.
Piękni ludzie są mądrzy i dobrzy.
Dobrzy ludzie są piękni i mądrzy.

Głupie bywają jedynie myśli.
Brzydkie bywają wyłącznie słowa.
Złe bywają tylko uczynki.

Naucz nas Panie odróżniać siebie i innych
Od uczynków, słów i myśli
Cudzych i własnych.

Abyśmy mogli kłaść się do snu z wdzięcznością
I budzić się rano pełni ciekawości
Jaka nowa szansa będzie nam dana.

Zdziwój Nowy, 12/04/2003

Każdy ma swoje pięć minut

Obudził się z ukłuciem niepokoju. Wieczorem opuścił żaluzje i pokój tonął w ciemnościach. Nie od razu zorientował się, że wibrujący dźwięk, to dalszy ciąg wczorajszego prucia ścian. Ekipa niechlujnych, hałaśliwych, kopcących „Popularne” hydraulików stawiła się do pracy.

Musiała być co najmniej ósma. A to znaczy, że w kranie nie ma już wody. A to z kolei znaczy, że Gracz nie weźmie porannego prysznica i już wczesnym popołudniem będzie pachniał nieświeżo. Właśnie dziś!
– …mać -westchnął i poczłapał opróżnić przepełniony pęcherz.
Pierwsze sikanie będzie bolesne jak diabli.
Zwykle budził się w nocy co najmniej raz i w półśnie wędrował do toalety starając się dośnić do końca jakąś sekwencję (sny Gracza były kolorowe i fabularne, czasem sprawiały wrażenie kontynuacji snu z poprzedniej nocy).
Wczoraj jednak musiał zażyć środek nasenny. W apteczce znalazł listek Chlorazepiny, chyba jeszcze z czasów Marianny. W ostatnim okresie ich małżeństwa brała nieprawdopodobną ilość różnych tabletek, twierdząc, że on, Gracz ma z tym coś wspólnego. Nie dość uważnie jej słuchał, więc nigdy nie udało mu się pojąć, co mogła mieć na myśli. W każdym razie tabletki okazały się skuteczne a zażycie dwóch było najwyraźniej sporym błędem – ogłupiały zegar biologiczny zawiódł .
Nieogolony, z metalicznym posmakiem w ustach, myślał o czekających go dziś wydarzeniach bez oczekiwanego entuzjazmu. Usiłował przywołać w pamięci euforię, którą odczuwał od chwili ogłoszenia wyniku, ale jego emocje pozostawały letnie i nieruchome jak zimna owsianka. Najwidoczniej tabletki Marianny miały jakieś działania uboczne.
Gracz odkrył resztki wody w elektrycznym czajniku i to na dobre wyprowadziło go z równowagi. Nie napełnił dzbanka wieczorem, jak to miał w zwyczaju i teraz miał wybór: poranna kawa (święty rytuał), mycie zębów (ryzyko nieświeżego oddechu przy wręczaniu nagrody) albo próba ogolenia się (podrapie policzki panienki witającej go z kwiatami, bo witać go będą na pewno).
Na ten dzień Gracz czekał od lat co najmniej dziesięciu, tysiące razy przeżywał go w wyobraźni a teraz ogarniało go coraz większe rozdrażnienie, które lada moment mogło przerodzić się w gniew.
Do tego nie mógł dopuścić, ponieważ zupełnie nie potrafił kontrolować własnej złości. Wzbierała nagle, jak tornado i (choć jego terapeuta twierdził, że Gracz po prostu za mało nad sobą pracuje) porywała jego umysł w wielką wirówkę.
Po takim ataku dochodził do siebie dość szybko, ale nigdy nie mógł się przewidzieć, jakie szkody powstaną tym razem.
Od pewnego czasu, prawdę mówiąc od tego incydentu z Marianną, Gracz odwiedza terapeutę w Ośrodku dla sprawców przemocy. Nie, nie z własnej woli ale sędzia się uparł, że zawiesi karę tylko pod tym warunkiem.
Właściwie nie były to wizyty przykre, a wręcz atrakcyjne dla takiego odludka jak Gracz. Psycholog, Pakistańczyk osiadły w Polsce od dwudziestu lat, nadal niemiłosiernie kaleczył język. Niezmiennie zwracał się do Gracza używając żeńskiego rodzaju, ale okazywał mu prawdziwą życzliwość i sympatię.
Kiedy Gracz opowiedział mu tę historię z nakrętką, wyraźnie wyczuwał zrozumienie i wsparcie (choć oczywiście Saldem nie mógł wyrazić tego wprost).
– Muszysz sze Mychał bardzo starała kontrolowacz złoszcz – powtarzał na każdej sesji – ja czy osobiszcze współczuje ale wyrok za bicie żony miałasz i uważaj na szebie teraz.
Wspomnienie piwnicznego chłodu sali sądowej i wieloznacznych spojrzeń sędziego (politowanie / zdumienie / lekka odraza), działało na Gracza jak lodowaty prysznic. Szybko przywołał się do porządku i od razu znalazł rozwiązanie – wodę można kupić w sklepie i użyć mineralnej do kawy, golenia i mycia zębów. Trudno, obejdzie się bez prysznica. Saldem ma rację kiedy powtarza:
– Nie wszczekaj sze Mychał, szukaj rozwiązania a nie guza.
I proszę bardzo, wystarczy zapanować nad emocjami a wszystko zaczyna się układać.
Po goleniu i porannej kawie Gracz poczuł wreszcie miły dreszczyk oczekiwania. Przeczytał gdzieś, że oczekiwanie na przyjemność jest więcej warte niż jej przeżywanie. W tej chwili gotów był zgodzić się z tym.
Za kilka godzin będzie po wszystkim, zgasną reflektory, zatrzymają się kamery (bo na pewno będą to filmować), gra będzie naprawdę skończona, nagrody rozdane.
Szkoda, że Marianna tego nie zobaczy, triumf byłby pełniejszy. Jej nieustające zrzędzenie zawsze doprowadzało go do wściekłości, ale kiedy wyrzuciła tę nakrętkę z ostatnim brakującym numerem konkursowym omal jej nie zabił. Był pewien, że wycieczkę do Ameryki Południowej ma już w garści a ta krowa….
Złamany nożyk do zdrapek to też pewnie jej robota. I zagubiony skrypt z systemami totalizatora, za który zapłacił ciężkie pieniądze.
Zwykle starał się o tym nie myśleć, ale dziś jest wyjątkowy dzień. Jest zwycięzcą w konkursie na hasło reklamujące proszek do prania. Główna nagroda, na razie niespodzianka, jest dla niego.
” Zwykły proszek, niezwykły efekt „- brzmi slogan wymyślony przez Gracza. Nie spodziewał się takiego sukcesu, liczył jednak na wyróżnienie. Dlatego nie zdziwił go telegram zapraszający na dzisiejszą uroczystość.
Laureat, hmm… – Gracz z zadowoleniem ocenił w lustrze swój wygląd. Nawet niezbyt starannie ogolony wyglądał zwycięsko i efektownie.
Przećwiczył leciutki cyniczny uśmiech a la Boguś Linda, żadnego szczerzenia zębów, tylko krótki męski grymas sugerujący siłę i pewność siebie.
Od dziesięciu lat Gracz wypełniał wszelkie kupony, zbierał kapsle, kody kreskowe, etykiety. Dzień zaczynał, od sprawdzenia, czy jakaś gazeta ogłasza nową grę. Święcie wierzył, że nadejdzie jego wielki dzień. To tylko kwestia czasu.
I oto jest: Grand Prix! Nie drugi, nie pierwszy, ale na czele. Najlepszy z najlepszych!
Na widowni zgromadził się hałaśliwy tłumek. Gracz rozejrzał się z ciekawością i źle skrywaną dumą. Przelotnie pomyślał, że wygląda to na spęd licealistek piszczących i klaszczących przy wyczytywaniu nagrodzonych. Nie spodobał mu się sposób organizacji imprezy i to, że prowadząca program nie przedstawiała laureatów, tylko wręczała czek na tysiąc złotych i „gratuluję, zapraszam następną osobę”.
Czuł, jak przyśpiesza mu tętno w miarę zbliżania się Grand Prix.
O, jest zdobywca pierwszej nagrody: wątły i pryszczaty mechanik samochodowy, najwyraźniej zawstydzony i skrępowany do granic wytrzymałości. Ma wytaszczyć ze studia wygraną pralkę wraz z suszarką, ciekawe jak da sobie radę. Ta gruba baba na widowni to chyba mamusia mechanika, klaszcze bez opamiętania i podskakuje tak, że za chwilę fotel załamie się pod nią.
Gracz uśmiechnął się z dobrotliwą wyższością.
– A teraz, proszę państwa przedstawiam państwu naszego laureata – autora najlepszego sloganu reklamowego – głos konferansjerki wyśpiewał entuzjastyczne crescendo.
– Michał Luty – prosimy do nas – wstawał powoli, ważne jest opanowanie.
Wbrew woli czuł, jak ogarnia go coraz większe podniecenie. Za chwilę ogłoszą, co jest nagrodą, słychać, jak widownia zbiorowo wstrzymuje oddech.
Na podium paru osiłków wtaszczyło olbrzymią pakę. Gracz usiłował zapanować nad rozczarowaniem: więc to nie samochód…
Do tragarzy dołączył wymoczkowaty facet w garniturze i brzoskwiniowym krawacie na granatowej koszuli.
Wygląda jakby szykował się do przemówienia – pomyślał z niechęcią Gracz.
I faktycznie: brzoskwiniowy krawat wziął głęboki wdech, rozciągnął wargi w najszerszym uśmiechu zjednoczonej Europy i patrząc z miłością na Gracza oświadczył:
– Trzysta kilogramowych pudełek proszku Virgion należy do naszego drogiego zwycięzcy. To niezwykła nagroda, musicie państwo przyznać, ale jako przedstawiciel koncernu Kromma jestem przekonany, że nasz drogi zwycięzca w pełni na nią zasłużył!
Gracz próbował ułożyć jakąś stosowną odpowiedź, ale zdołał tylko wyszczerzyć zęby, najszerzej jak potrafił. Teraz mógł śmiało konkurować z brzoskwiniowym wymoczkiem o miano uśmiechu stulecia. Oklaski wybawiły go od wygłaszania podziękowań.
Dobrze, że Marianna tego nie widzi – pomyślał przelotnie usiłując stłumić łaskoczące uczucie ni to śmiechu ni to płaczu. Od powstrzymywania tego czegoś rozbolała go przepona.
Kamerzyści zdjęli z głów słuchawki, zgasły reflektory, widownia opustoszała.
Nikt nie interesował się Graczem, jego pięć minut najwyraźniej dobiegło końca.
Wlokąc się przez zaśmiecony skwerek przypomniał sobie, że powinien wstąpić do sklepu. Pora sprawdzić, czy jest jakaś nowa promocja albo konkurs. Życie toczy się dalej.

Zołza za kółkiem

Budujemy kapliczki

Idziesz ulicą. Spokojnie, normalnym krokiem. Nagle wpada na ciebie z tyłu rozpędzony typ i głośnym wrzaskiem każe ci spieprzać z chodnika.

Idziesz dalej. Zza rogu wybiega osiłek z obłędem w oczach i wali prosto na ciebie. Klnie przy tym obrzydliwie i pokazuje ci wulgarne gesty.
Na wszelki wypadek schodzisz mu z drogi, ale już z tyłu ktoś daje ci kuksańca pod żebro i syczy "wynocha".
Co to za idiotyzmy, zapytacie?
Zgoda, trudno spotkać na jednej ulicy taką kolekcję chamów, kretynów i półgłówków. A jeśli już, to zapewne była masowa ucieczka z oddziału psychiatrycznego pobliskiego więzienia. A jeśli już, to pewnie poszukuje ich policja. Normalni ludzie na ulicy się tak nie zachowują, powiecie.
Jasne, nie zachowują, chyba że jadą samochodem.
Ta niezwykła przemiana normalnego osobnika w oszalałego idiotę dokonuje się gdzieś pomiędzy kliknięciem centralnego zamka a wrzuceniem biegu. W Polsce jest bardzo mało wypadków drogowych a śmiertelność za kółkiem jest niska.
To żart?
Nie!
W stosunku do tego, co dzieje się na polskich drogach wypadków jest niewiele, wierzcie mi.
Trup powinien słać się gęsto a pobocza dróg winny ozdabiać dziesiątki wraków. Ale widać przydrożne kapliczki chronią polskich kierowców, bo jak inaczej wytłumaczyć ten cud?
Ponieważ kapliczek jest coraz więcej, (nie licząc krzyży i krzyżyków) jeździć nam się będzie coraz bezpieczniej. Drogówka nie będzie się musiała wysilać i umieści na poboczach atrapy zamiast siebie samej. Śliczne, niebiesko-białe atrapy radiowozu. Och, i eleganckie tablice "kontrola radarowa".
Sama zaś drogówka będzie mogła zajmować pyszną zabawą.
Polecam zwłaszcza grę wymyśloną przez konińska policję: oto trawą porosłe tory (wąskotorowej kolejki, nieczynnej od 40 lat). W miejscu przecięcia jezdni stoi nowiutki znak STOP. Dwieście metrów dalej policjant przez lornetkę sprawdza, czy kierowcy stosują się do znaku.
W grze biorą udział także mieszkańcy wsi: już to baba z krową kręci palcem kółeczko i pokazuje, że "niebiescy" schowali się za kępą krzaków. Wyborne, prawda?
Jeszcze lepsza zabawa: umieścić gdzieś (tak jak w Warszawie przy Rondzie de Gaulla) znak ruchu okrężnego a pod nim zakaz skrętu w lewo. I oddział policji udając (dla niepoznaki) zagon kukurydzy, będzie śledził głupków, którzy uwierzą, że są na rondzie.
Budujmy zatem przydrożne kapliczki, już wkrótce do jazdy nie będzie potrzebna głowa, wystarczy noga, ta od pedału gazu. Pewna znana aktorka zwierzała się kiedyś jakiemuś piśmidłu, że najbardziej lubi wyprzedzać pod górę. Że niby taka odważna i taka intrygująca, aj, aj!
Czy babus nie nosi ze sobą mózgu, czy też go tylko nie używa, nie wiem. Wiem natomiast, że za tą górką, pod którą ona wyprzedza mogę być właśnie ja albo ty. Moje dziecko na rowerze albo twoje na hulajnodze.
Stało się modne u różnych pozerów podkręcać image za pomocą ostrej jazdy. W wielu wywiadach można znaleźć wizerunek polskiego maczo. Nie wiem, jaka jest żeńska forma tego zjawiska. Maczeta?
Polski maczo publicznie wyznaje, że olewa przepisy, ma gdzieś innych użytkowników dróg ale oczywiście jest tak świetny, że jeśli jakaś niedorajda nie wjedzie mu pod koła, to krzywdy nie zrobi.
Rozumiem, że ktoś może nie wiedzieć, co mówi. Zdarza się.
Jednak dziennikarz powinien wiedzieć, co publikuje. Jeśli później jakiś miejscowy głupek spod Grójca za punkt honoru stawia sobie ostrą jazdę maluchem, to on się właśnie wzoruje na was, panowie i panie, na tym co gaworzycie wdzięcząc się do ćwierćinteligentów.
Czego ja tak zrzędzę? Bo przejeżdżam ponad 40 tysięcy kilometrów rocznie i zbyt często ktoś usiłuje zrobić mi krzywdę. Zabić albo okaleczyć.
Nie wiem, jak długo kapliczki będą mnie chronić.

cdn… niestety

…Te blondyna spadaj z drogi

Kierowca – furiat? Nic nowego. Agresja na drodze to temat sam w sobie, ktoś pewnie zrobi doktorat i habilitację z tej dziedziny. (Co innego głupota – ta jest amorficzna, entropiczna, niemierzalna i nieopisywalna.)

Pasażer ogarnięty szałem jest zjawiskiem nieco rzadszym i, zdawać by się mogło, nieszkodliwym.
Jeśli tak właśnie myślałam, to zmieniłam zdanie w piątek, 17 sierpnia roku 2001, na rogu Madalińskiego i Puławskiej w Warszawie. O godzinie 17.24.
Pasażerem eleganckiej czarnej limuzyny był Pan Polityk Znany Z Telewizji. Fakt, z trudem go rozpoznałam, bo w telewizorze nigdy się nie pokazał, że tak powiem, saute.
W samochodzie zaś się pokazał i miny robił obrzydliwe, i palcem mi pokazywał środkowym do góry (nie rozumiem, jestem kobietą), i bluzgał niewąsko a okno miał otwarte, więc nie musiałam czytać z ust.
Co prawda jego kierowca popełnił błąd zmieniając pas ruchu na środku skrzyżowania, co prawda nawet nie raczył sygnalizować manewru a już na pewno nie jest istotne, że usiłował mnie zepchnąć wprost na rowerzystę jadącego prawym pasem.
Nie jest też wielką sprawą, że trąbiąc tuż nad głową tego rowerzysty spowodował, że nieszczęśnik odbił się od krawężnika i przez sekundę jechał wprost pod autobus.
W końcu jedzie Pan Polityk i to ja powinnam wiedzieć, kiedy zniknąć z drogi, żeby kierowca nie musiał zwalniać ze 120 do 60 km na godzinę. Mam ja, cholera, szczęście.
Naczytałam się jak to bezpiecznie jeździ Mistrz Kierownicy H. i choć nie powie, ile zajmuje mu droga z Gdańska do Warszawy, to lud jeżdżący może być spokojny: on jeździ bezpiecznie.
Powzięłam niestety odmienną opinię w tej sprawie.
Opieram ją na dwóch spotkaniach na drodze nr 7, ubiegłego lata. Spotkania polegały na wyprzedzaniu.
Oczywiście to H. mnie wyprzedzał a nie ja jego, gdyby ktoś się nie domyślił. Robił to fachowo, na terenie owszem, zabudowanym, z prędkością ok. 150 km na godzinę. Naprzeciwko jedzie ciężarówka, prawym poboczem idą dzieciaki z babcią, lewym ciągnie się ciągnik a Mistrz spycha mnie swoim (wtedy) subaru wprost na tych pieszych (po diabła tam lezą). Rozumiem, musiał. Spotkania czołowe z tirem nie kończą się szczęśliwie.
I choć lubiłam tego faceta, bo się udzielał w akcji przeciw pijanym kierowcom, moja sympatia została poddana ciężkiej próbie.
Aż do reszty znikła po drugim spotkaniu. Różnica była taka, że Mistrz nie musiał się rozpychać przy wyprzedzaniu, bo pas miał wolny, ale widocznie jest przeciw przydrożnej prostytucji. Taką mam hipotezę, bo usiłował mnie zmusić do rozjechania grupki panienek parkujących spracowane ciała na poboczu. Dla sprawiedliwości dodam, że przyczyna mogła być całkiem inna: środkiem biegły dwie ciągłe linie i może H. nie chciał łamać przepisów drogowych, po prostu. Zresztą jak mi się nie podoba, to moja wina, bo po pierwsze jeżdżę jak cyrk objazdowy zamiast siedzieć w domu i gotować Winiary albo prać w nowym proszku ( żadne usprawiedliwienie, że mam taką pracę, mogę ją zmienić) a po drugie jeżdżę samochodem rasy Tico. A to już prowokacja, bo co taka samochodzina wlokąca się najwyżej 120 na godzinę, w dodatku z blondynką w środku robi w świecie prawdziwych kierowców?
Pocieszam się, że mogę popatrzeć z pogardą na blondyna w maluchu, zatrąbić mu nad uchem i zepchnąć na pobocze.

Wywiad

W miesięczniku „Zwierciadło” z Anną Marią Nowakowską rozmawia Renata Arendt – Dziurdzikowska

Wywiad

Z Anną M. Nowakowską rozmawia Alina Jabłońska z portalu e-Ursynów

Ostatnio dużo mówi się na temat książki pt. „Przeklęte”, w której piszesz o molestowaniu seksualnym dzieci. Ten temat stał się głośny od jakiegoś czasu również za sprawą akcji „Zły dotyk”. Czy to modny temat ?

Mówiąc dokładniej: piszę w mojej książce o pewnym wycinku problemu, o dziewczynkach, które doznały molestowania w rodzinie, ze strony rodziców lub opiekunów. Osób, którym ufały. To zaledwie ułamek problemu, z jakim mamy do czynienia mówiąc ,molestowanie seksualne dzieci. A teraz o modzie: to problem wydawców, nie autorów.

Co Cię więc zainspirowało do napisania tej książki?

Och,to proste: nadmiar bólu, z jakim się stykam jako terapeutka. I mój własny ból.

Czy jest to Twój debiut literacki?

No tak, w formie książkowej. Lecz napisałam już wiele, wiele słów, jako dziennikarka Zwierciadła i nie tylko.

Zawsze o tym samym? Nic wesołego?

Zawsze o ludzkim bólu w jego odmianach, czyli o tym, na czym się znam. A wesołego można poszukać u znawców tej gałęzi życia. Moi bohaterowie przechodzą przez własne kieszonkowe piekła i wychodzą z nich odrodzeni albo tak samo ślepi. Co w tym może być zabawnego, poza niektórymi dekoracjami?

Kilka lat temu stworzyłaś Pracownię Psychospołeczną związaną z redakcją Zwierciadła. Czy każdy może znaleźć tu pomoc?

 Nie,nie każdy, choć nasz zespół powiększa się, więc poszerza się nasza oferta. Zajmujemy się rozmaitymi odmianami ludzkich kryzysów życiowych, trzeba uważnie sprawdzić, co konkretny terapeuta oferuje i dobrać go sobie „na miarę”. Tak samo jak w chorobach ciała: sprawdzam, co mnie boli i jaki specjalista się tym zajmuje. Jeśli ktoś nie potrafi tego ocenić, proponujemy spotkanie konsultacyjne, diagnostyczne. Jeśli nie mamy odpowiedniego specjalisty, staramy się pomóc znaleźć taką osobę, godną zaufania, znaną nam choćby pośrednio.

 Na co dzień w swojej pracy spotykasz się z różnymi problemami. Gwałtowne zmiany w Polsce i na świecie przyczyniły się do szybszego tempa życia, na które nie wszyscy byli przygotowani. Słyszy się, ze coraz więcej osób cierpi z powodu depresji. Co o tym sadzisz? Czy rzeczywiście depresja przybrała formę epidemii na świecie?

Tym,co postrzegam jako epidemię w całym technologicznie zaawansowanym świecie jest narcyzm i jego skutki. A to jest temat na rozprawę naukową z pogranicza psychologii, filozofii i medycyny. Narcyzm jest źródłem ogromnych cierpień EGO i jego rozpadu. A jeśli chodzi o depresję: to bardzo ciężka choroba o wielu wymiarach i złożonym obrazie klinicznym. Jej objawy uszkadzają funkcjonowanie człowieka na planie fizjologicznym, psychicznym i społecznym. Dlatego w jej leczeniu ważna jest współpraca między psychiatrią z ofertą farmakoterapii, psychologią oferującą rozmaite formy pomocy i wsparcia a często także endokrynologią, medycyną alternatywną i wsparciem duchowym. I na tym wcale nie kończą się potrzeby chorego, bo depresja często przejawia się konkretnymi zaburzeniami zdrowia fizycznego.

Czy wobec tego współpracujesz z lekarzami różnych specjalności?

Oczywiście,z lekarzami, z osobami duchownymi a nawet z prawnikami, bo czasem zwykła informacja może mieć kluczowe znaczenie dla zaplątanego we własne problemy, cierpiącego człowieka. A także z fizjoterapeutą, bo ciało bywa dobrą ścieżką dostępu do poprawy kondycji pacjenta. Terapeuta nie ma prawa przetrzymywać klienta jako zakładnika swoich ograniczonych kompetencji. Są stany, w których psychologia ma za krótkie ręce i zbyt tępe narzędzia. Czasem podanie odpowiedniego leku jest zbawienne w skutkach także dla przebiegu terapii. Bardzo odpowiada mi koncepcja interdyscyplinarnej pomocy i taki zespół staram się stworzyć, co -jak się domyślasz – nie jest takie proste.

 A to dlaczego?

 Choćby dlatego, że mam naiwne oczekiwanie, że będziemy się między sobą lubić i wspierać mimo różnic w podejściach, poglądach i wartościach. W zespole ważne jest zaufanie, które wynika z podobieństwa postaw wobec klienta i jego potrzeb oraz wobec samego siebie.

A Ty jaką masz postawę wobec siebie? Życzliwą,z nutką humoru. Dużym zainteresowaniem cieszą się organizowane przez Ciebie weekendowe warsztaty dla kobiet „Budowanie poczucia własnej wartości”. Czy to oznacza, że wciąż dla wielu ludzi wiara w siebie stanowi problem?

Tak uważają, ale narzędzia do uzyskania poczucia wartości są proste a skutki spektakularne. W moim przekonaniu problemem jest więc brak bardzo podstawowych umiejętności psychologicznych, takiej „instrukcji obsługi siebie”. I tym się zajmuję na tych warsztatach. Ich mocną stroną jest urzekająca prostota oddziaływań na poziomie wręcz fizjologicznym, z pominięciem przeciążonej myśleniem głowy.

Pracujesz właściwie tylko z kobietami. Czy można oczekiwać, ze podobne warsztaty będą organizowane również dla mężczyzn?

 Owszem,ale będzie je prowadził mężczyzna, Zbyszek Miłuński, który właśnie dołączył do naszego zespołu. Ja poprzestanę na tym, co robię najlepiej, czyli nadal będę zajmować się kobietami w kryzysie. Jakie są Twoje plany zawodowe na przyszłość? Robić to co robię, tylko jeszcze lepiej. Używać tego co działa, szukać, uczyć się od mistrzów.

Praca terapeuty jest niewątpliwie bardzo wyczerpująca. Jak „ładujesz akumulatory” po ciężkim dniu pracy? Co jest Twoim ulubionym zajęciem?

Och,na wiele sposobów mogę czerpać energię. Jednym z moich ulubionych zajęć jest „nicnierobienie”. Dlatego czasem gram w totolotka. Ale kiedy przychodzi wiosna, zdecydowanie zmieniam moje nawyki i po prostu chłonę: powietrze, wiatr, wodę, zieleń, kwiaty – wszystko, co jest za darmo i aż w nadmiarze dla wszystkich. Niedawno kupiłam malutkie gospodarstwo na Kurpiach, żeby mieć to wszystko pod ręką, kiedy tylko zechcę.

Czego życzyłabyś sobie w Nowym 2003 roku?

Tego,co dla mnie dobre, jak zwykle.

I tego właśnie Ci życzę dziękując za rozmowę.

List do przyjaciół

Idą Święta.
Jak co roku, tylko my coraz starsi.
Piękniejemy, bo wiemy już o co w tym wszystkim chodzi.
Mądrzejemy, bo nie mamy wyjścia.
Cichniemy, bo czas uczy nas pokory.
I jak co roku pełni nadziei będziemy łamać się opłatkiem i myśleć: byle tak dalej.
Będziemy składać sobie życzenia ,tego, co dla nas dobre, lecz nie tego, czego chcemy .
Od czasu do czasu ktoś z nas chwyci za telefon i nagle spoważnieje, bo nie ma już tych, do których niegdyś dzwoniliśmy.
Postawimy pusty talerz dobrze wiedząc dla kogo, boleśnie pamiętając zapachy i smaki dzieciństwa.
Zapalimy świeczkę dla tych bliskich tak już dalekich.
Pomyślimy: może na nas patrzą, nie bądźmy tacy ponurzy.
Zjemy tylko troszeczkę, narzekając, że znów się tyle marnuje a tam głodni.
Zanucimy kolędy i zlecą się Anioły.
Może tym razem uda nam się je dostrzec.
Tak czy owak znowu powiemy: jak ten czas leci, Święta, Święta i po Świętach.
Zatem tego, co dla was dobre, lecz nie tego czego chcecie, moi Przyjaciele, Wam życzę.

Anka 12 grudzień 2002 r.