Epidemia w pewnym sensie przypomina wojnę, powiedział doświadczony, emerytowany medyk. Na froncie ryzyko ponoszą zmęczeni, przepracowani lekarze, pielęgniarki, salowe, ratownicy. Na tyłach dekownicy urządzają się wygodnie, wznosząc barykady zbudowane z usprawiedliwień, zarządzeń i drzwi zamkniętych na cztery spusty.
W jednym z wielu wszechświatów naszego multiwersum (a jest ich taka mnogość, że nie da się ich liczby podać, bo miałaby ona więcej zer niż jest atomów w moim rodzimym wszechświecie) mają miejsce wstrząsające wydarzenia. A dzieje się to w drugim tygodniu kwietnia roku Pańskiego 2020, gdy księżyc świeci tak jasno, że ptaki śpiewają po nocach i wszystko dookoła pęcznieje, aby się wypełnić.
Pozwólcie, że przedstawię wam przebieg zdarzeń w skróconej perspektywie, tak, jak je widać od nas, którzy – w naszym własnym wszechświecie – kulimy się w izolacji, ścigani przez obce RNA, które chce nas zabić.
Wczesnym rankiem Palmowej Niedzieli roku Pańskiego 2016 Echolalia Niegąska przyodziała się odświętnie. Nogawki czarnych portek (zaprasowane ściśle ze wskazówkami kościelnej mody w ostre kanty) wetknęła w cholewki lśniących trzewiczków, żeby się przypadkiem nie wkręciły w rowerowy łańcuch.
Mrucząc pod nosem, otrzepała wyjściową jesionkę z kłaków które są wszędzie i są wieczne, a istnieją tylko po to, żeby się wszystkiego czepiać. Zwłaszcza niedzielnych ubrań i akurat wtedy, gdy człowiek chce wyglądać elegancko, schludnie i dostojnie.
Stanąwszy przed lustrem, Echolalia zamotała pod szyją szaliczek przetykany srebrną nitką, zakupiony w promocji Tylko Dzisiaj! Jeden w Cenie Dwóch!
– W jaki celu ogłaszacie przez megafony w kółko to, co ludzie już wiedzą? – A pani myśli, że wszyscy dookoła mają internet? – Ale mówicie, żeby w razie czego dzwonić do Sanepidu, a nie podajecie numeru! – Przecież każdy może sobie znaleźć w internecie
Cóż,
to może w pierwszej chwili brzmi humorystycznie, ale w swej istocie zabawne nie
jest. Obszary wykluczenia technologicznego straszą białymi plamami na mapach
zasięgu sieci komórkowych. Żeby mieć pewność, że się połączę i żeby mi się
ważne połączenie nie zerwało w pół słowa, muszę wejść na pobliską górkę.
Na
szczęście mobilny internet – zachęcony anteną – zazwyczaj działa. Czasem nawet
bez zawieszania przepchnie jakiś film.
A
przecież nieodległa to przeszłość, w której musiałam jechać do Janowa albo do
Chorzel, żeby odebrać i wysłać e-mail.
Jest masa ludzi, którzy nie mają dostępu do Internetu. I mnóstwo takich, którzy nie mają urządzeń do komunikowania się przez sieć. Są tacy, których nie stać na ten luksus. Myślę o tym, czytając wytyczne na temat zdalnego nauczania. Myślę o tym, rozmawiając z bliskimi przez komunikator.
***
System,
w którym żyjemy, poddany nagłemu wstrząsowi staje się na krótką chwilę
zawiesiną chaosu, ale szybko zaczyna się dzielić na frakcje.
Wyprostuj się! –
krzyczy mężczyzna w ciemnym (a może tylko brudnym) płaszczu. Nie brzmi
sympatycznie. A i uroda jego pozostawia wiele do życzenia.
Nie wiem, jak
mam to zrobić. Im bardziej chcę stanąć prosto, tym bardziej jestem pochylona;
stoję niepewnie, widząc jedynie własne buty, okropnie ubłocone. Zanim zrobię
obchód, muszę je jakoś wyczyścić.
Za chwilę
zostanę zupełnie sama w tym wielkim, pełnym zakamarków i przybudówek domu. Mam
pilnować, żeby w nocy do środka nie dostali się Obcy. Jestem kimś w rodzaju
dozorczyni.