Jeśli życie to jakie

Jeśli życie to jakie

Stanął przed lustrem, rozgrzany i zaczerwieniony po porannym biegu. Dobrze zbudowany, smukły młody człowiek o uważnym i otwartym spojrzeniu.

Zygmunt Łakomy, lat 46. Kilka lat temu był stękającym starcem poruszającym się o kulach. Boso, bo nie było butów, które pomieściłyby jego spuchnięte stopy.
Przed chwilą spotkał na ulicy znajomą. Starą znajomą, kopę lat.

Zygmunt – jej osłupienie wprawiło go w wesołość – to niemożliwe, to nie możesz być ty!

Takie spotkania budzą wspomnienia. Można wyjąć zdjęcie i popatrzeć ze współczuciem. Można stanąć
przed lustrem i zapłakać z radości. Współczucie Zygmunta budzi blady, smutny facet o twarzy jak księżyc, rozlanej przez sterydowe leki. To Zygmunt Anno Domini 94.
Mężczyzna z przyszłością: w perspektywie inwalidzki wózek i ciągły ból.

A jeszcze wcześniej była praca. Od szóstej rano do pierwszej w nocy, kilka godzin odpoczynku wypełnionego snami o kreatywnym i dynamicznym rozwoju. Rozwoju firmy, dodajmy. Dyrektorskie sny.
Rano, jęcząc z bólu, pokonując z coraz większym trudem sztywniejące stawy, ruszał na podbój świata biznesu. Garść leków miała pomóc przetrwać, nie zauważać, że ciało odmawia współpracy.
W chorym ciele chory duch. Ten gość był niezbyt sympatyczny. Nerwowy, jak zwykł mawiać o sobie.
Miał kilka samochodów, ale często żadnego z nich nie mógł prowadzić sam. Spuchnięte nogi i sztywne kolana – nawet najlepszy samochód wymaga sprawnych nóg.

Lekarze byli zgodni, jakby się zmówili:
– Pańska choroba będzie się niestety pogłębiać. Jest progresywna, choć możemy oczywiście łagodzić ból zmniejszać obrzęk stawów.

Niestety chroniczna. Pogorszenie, obrzęk, zmiana leków. I ciągły ból, przy każdym ruchu. Dzień po dniu. W nocy czarne myśli o przesiadce na wózek, o zależności od pomocy innych. Zaraz… jakich innych?
Gdyby nie dwa odkrycia, nieoczekiwane, jak to z odkryciami bywa, kim dziś byłby Zygmunt Łakomy?
Odkrycie pierwsze, rok 1995, szkolenie pod tytułem "Firma i Ty". Czemu tam poszedł? Dla "firmy" oczywiście. "Ty" było zbyt obolałe i nieszczęśliwe, żeby się nim zajmować. Nieoczekiwanie, paradoksalnie wręcz, szkolenie dotyczyło spraw bardzo osobistych. Odkrycie, że ma psychikę, że jest jakaś głębia w człowieku, że tę głębię można zwiedzać, poznawać – to było coś. Obudziła się ciekawość – kim właściwie jestem? Jak przeżywam swoje życie? Ja, Zygmunt, czyli kto? Pojawiły się pytania, na szukanie odpowiedzi chwilowo zabrakło czasu. Ale ziarno zostało zasiane. Gdyby nie to doświadczenie, to pewnego dnia, dwa lata później, Zygmunt – wydaje się – pożegnałby się z życiem.

Ten dzień we wspomnieniach jest jak koszmar: od rana ból nie do zniesienia, słabość taka, że lepiej nie żyć,
niż żyć. Ani myśleć, ani oddychać, każdy ruch wydawał się śmiertelnym wysiłkiem. Późnym południem zmęczone serce zaczęło odmawiać dalszej pracy. Dusił się, przytomność odpływała i przypływała. Następne wspomnienie to jazda karetką. Słyszał wibrujący dźwięk, ktoś wkłuwał się do żyły, zastrzyki, maska tlenowa na twarzy.

– Co się dzieje? – raczej szeptał, niż mówił, choć wydawało mu się, że krzyczy.
Noc na szpitalnym korytarzu – ból uśmierzono, przyszły myśli. Pytania dramatyczne, wymagające odpowiedzi. Decyzji. A pierwsze z nich: życie czy śmierć? I drugie: jeśli życie, to jakie?
Rano wypisał się na własną prośbę. Przecież medycyna przyznała, że nie ma dla niego żadnych propozycji. Zadzwonił w kilka miejsc, poumawiał się na spotkania. Skoro ciało nie reaguje na leczenie, to może zacząć od tej niegdyś odkrytej psychiki? Choćby po to, żeby uspokoić czarne myśli.

Przygoda z psychoterapią trwała rok. Powoli, krok po kroku, tydzień po tygodniu, terapia to nie wyścigi. Z miesiąca na miesiąc było lepiej, inaczej. Ciało z wdzięcznością odpowiedziało na jego starania: bolało, ale już do zniesienia. Puchło, ale jakby mniej. Serce odroczyło wyrok. No i ludzie, życzliwi, wspierający, błądzący tak samo jak on.

Później przyszedł czas na własne poszukiwania. Co jeszcze mogłoby pomóc? Czego warto się nauczyć?
Zaczął podróżować: Australia, Nowa Zelandia, każda podróż była po coś. To nie było zwiedzanie, tylko poszukiwanie duchowego przewodnictwa, wiedzy, nowych umiejętności.
Czy Zygmunt mógł przewidzieć, że z jego poszukiwań wyłoni się ścieżka życia? Nowa, całkiem niepodobna do poprzedniej, jego własna ścieżka dobrego życia?

Znalazł kursy na temat pracy z ciałem. Znalazł szkołę uczącą terapii i pracy z ludźmi. Stał się wynalazcą. Najpierw dla siebie, a dziś już dla innych odkrył metodę i narzędzia. Wynalazł stół do rehabilitacji, jakiego jeszcze nie było. Opatentował.

Zygmunt jest najbardziej wiarygodnym dowodem na skuteczność swoich metod. Sprawny, o 25 kilogramów szczuplejszy, zaraźliwie radosny.
Uczy innych, jeździ po świecie, zapraszają go uczelnie i instytucje medyczne. Ponieważ jego metoda działa. Me-Itoda pracy z ciałem, która integruje wiele różnych szkół i podejść. Pomogła jemu, pomogła innym. To wielka radość dawać dobro, którego samemu się doświadczyło.

Te zdania czyta się szybko – poszedł, zrobił, wynalazł, wyzdrowiał (tak, tak, całkiem i bez śladu cofnęło się choróbsko!). W rzeczywistości czytacie o latach poszukiwań, nauki, zwątpień i ciężkiej codziennej pracy. I klepania biedy – kiedy przestajesz być biznesmenem, jaki bank da ci kredyt? Na szczęście miał się u kogo zadłużać.

A otoczenie? Jak to otoczenie: "Co ty wyprawiasz, Zygmunt" i niedowierzające albo litościwe spojrzenia. Niewielu uwierzyło, że jego zmiana jest trwała. Bywał zakłopotany, bywał zawstydzony. Zapytany, jak sobie z tym radził, chętnie opowiada pewną anegdotę:
Kilka lat temu, kiedy dopiero uczył się biegać, przezwyciężając ociężałość i ból, usłyszał spod sklepu:
– Tempo, tempo, szefie – to kilku jego dawnych pracowników raczyło się porannym piwkiem.
Śmieją się ze mnie czy dopingują życzliwie? Przez chwilę czuł się głupio, ale przyśpieszył, bo co za różnica, skoro on, Zygmunt kulawy, może biec. Takie podejście pomogło mu trwać, kiedy przychodziło zwątpienie.
Jeśli jesteś na swojej ścieżce, lubi mówić, nic cię już nie powstrzyma. Ciężka praca, zmiana nawyków, dyskomfort – zgoda. Na początku po prostu trzeba przez to przejść. Ale to jest droga radosna. Potem stajesz przed lustrem i widzisz w nim zdrowego człowieka.

Po dwudziestu latach otrzepał z kurzu gitarę, teksty same przychodzą mu do głowy. Najpierw śpiewał dla grupy przyjaciół, teraz myśli o nagraniu płyty. Bo w jego tekstach są proste pytania i dodają one wiary tym, którzy poszukują swojej ścieżki.

Przez kilkanaście lat ciężkiej choroby krok po kroku sam zdobywałem wiedzę, jak sobie pomóc. Wybrałem dobry kierunek – wyzdrowiałem. Od lat w pracy z ludźmi dzielę się swoim doświadczeniem. Towarzyszę, gdy wyruszają w swoją drogę. Te wszystkie drogi łączy jedno – azymut na satysfakcję.

styczeń 2004

reportaż opublikowany w miesieczniku "Zwierciadło" w styczniu 2004 roku