Dziunia, koniec historii

Bob May / CC BY-NC-SA 2.0

[Fragment czwartej, ostatniej części Dziuni (w pisaniu)]

Miły Młody Urzędnik, zamierzający (kiedyś, w przyszłości) wspinać się po szczeblach kariery urzędniczej, by w odpowiedniej chwili wejść do polityki, zasłabł. Upadł. Na sekundę ocknął się; jeszcze próbował wstać, uśmiechnął się nawet, tak przynajmniej pomyślała jego narzeczona, podobnie, jak jej walnięty wujek. Nie był to jednak uśmiech, tylko uśmiechopodobny skurcz mięśni twarzy kogoś, kogo boli. Bardzo boli.
Psychoza maniakalna wuja Cześka zawiesiła się na moment. Nagle uzdrowiony, próbował przez szesnaście minut i szesnaście sekund ratować narzeczonego siostrzenicy, trzydzieści uciśnięć – dwa oddechy, co pamiętał jeszcze ze studiów medycznych. Później resuscytację przejęli dwaj przechodnie, a jeden od razu powiedział to już koniec, koniec ja pierdolę, dajcie mu spokój bo to jest zgon, co to za chujostwo tu leży, zabierzcie to, ja pierdolę no.
Więc wujo znowu się odkleił, wszedł w swoją ciemność i zapakował królicze truchło do skórzanej teczki typu aktówka, a jego siostrzenica, jeszcze nie żona a już wdowa po Miłym Młodym Urzędniku pokazywała go palcem, powtarzając zabiłeś, zabiłeś, zabiłeś.

Dla tych, którzy wciąż nie pojmują, że koincydencje to nie fatum, tylko jeden wielki bałagan albo wręcz przeciwnie, porządek:
Wujek Czesiek miał zostać lekarzem. Nie zdążył, bo wcześniej ugryzła go depresja. Jak go ukąsiła, tak się położył do łóżka i nie wstawał przez dłuższy czas. Aż przyszedł dzień, w którym bujnęło nim w tę drugą, na pozór fajniejszą stronę. W epizodzie maniakalnym kupił sobie szary garnitur, skórzaną teczkę z szyfrowym zameczkiem, i ruszył robić biznesy. Jego rodzice, tak się złożyło, hodowali króliki. Nie protestowali, gdy Czesiek wymyślił swój pierwszy i ostatni biznesplan: po biurach, urzędach i warsztatach zbierał zamówienia. „Świeżutkiego królika mięsnego elegancko i dyskretnie dostarczę”. Po czym zabijał, patroszył i skórował tyle sztuk, ile zebrał zamówień. Pakował je do granatowej turystycznej lodówki, tę mocował paskami do bagażnika roweru, po czym, w garniturze i z teczką uwieszoną u kierownicy, pedałował do miasta. Osiągnąwszy zapisaną w miniaturowym notesie destynację brał nagie, zimne truchełko,  pakował do teczki i szedł dostarczyć zamówienie. Elegancko. Czyściutko. Dyskretnie.

Od tamtej pory w życiu Czesława utrwalił się taki oto rytm: Faza leżenia w barłogu – króliki rozmnażają się i rosną, dojrzewając do śmierci. I – po pewnym czasie – faza energicznego, entuzjastycznego prowadzenia biznesu; uboju, wybebeszania, skórowania, sprzedawania – króliki, a raczej to, co z nich zostaje, trafiają do lodówki turystycznej, odbywając następnie ostatnią podróż rowerem. Później wracała depresja i da capo al fine. W życiu ważny jest dający się wyodrębnić z chaosu porządek, więc wszyscy byli zadowoleni, oprócz królików. One były – od czasu do czasu – nieżywe.

Feralnego dnia, a był to wtorek targowy, spotkawszy na ulicy siostrzenicę z narzeczonym, wuj Czesiek szczerze się ucieszył, a będąc dumnym z króliczego biznesu, zapragnął się nim pochwalić. Otworzył więc teczkę, a tam… Skąd mógł wiedzieć, że… Po prostu przestańmy go winić. Jasne, mógł uprzedzić, że w teczce jest trup, ale nie przyszło mu to do głowy, bo mało komu przychodzi do głowy, że ludzie mają jakieś uczucia. Jeśli już musimy kogoś uczynić odpowiedzialnym, niech odium spadnie na królika. Przecież i tak już nie żyje. Podobnie jak Miły Młody Urzędnik, który nigdy nie zostanie obiecującym politykiem. Ani wuj, ani jego udręczony królik nikogo nie zabili. Tętniaki aorty mają tę właściwość, że czasami rozklejają się na amen. Może więc zechcemy odszczekać te pierdoły o królikach i ich nadprzyrodzonych właściwościach wprowadzania pożądanej (czy aby na pewno?) zmiany. Losowość, oto prawdziwa władza. Rozumiecie jak to działa? Ja też nie bardzo.