Dziunia, koniec historii

Bob May / CC BY-NC-SA 2.0

[Fragment czwartej, ostatniej części Dziuni (w pisaniu)]

Wtedy Roland Jojajo odezwał się poza ustaloną kolejnością:
– Jedno emaptyczne niemowlę, noworodek nawet, jest w stanie zarazić, zakazić czy chuj wie co, kilkunastu dorosłych. Nawet obcokrajowców – dodał, żeby niczego nie pozostawiać w niejasności.
– A przypomnijcie sobie państwo – wszedł mu w słowo właściciel sklepów wielobranżowych, który na spotkaniu kryzysowym reprezentował obronę cywilną – jak Łempa Kępińska dostała ataku histerii na stoisku mięsnym w Gie. I co się tam zaraz podziało, jak wszyscy płakali i bili się w piersi…
– Kępa Łempińska – sprostowała dyrektorka banku. – To było na trzeci dzień po porodzie, wróciła ona z dzieciątkiem do domu i zaraz ją pojebało dokładnie.
– Dokładnie! – Zgodził się publicysta InfoSczezłe. – Zarażają, czy też zakażają…
– Czy chuj wie jak to się roznosi – wtrącił Roland Jojajo.
– … już kilkudniowe osełki!


– Oseski – poprawiła go Beata Ukwiał. – Niech pani zapisze oseski – zwróciła się do Sabinki protokolantki. – I mówi się empatyczne,  nie emaptyczne – skarciła wzrokiem Jojajo, ten zaś wzruszywszy ramionami, bąknął „łotewer”.
– Ja nie piszę, ja nagrywam – prychnęła Sabinka, stukając kolanem mikrofon ukryty pod stołem. – Nagrywam wszystko – dodała złowrogo.
– Kiedyś czytałem – westchnął Szmatosław, który kiedyś czytał – że dobro zniszczyłoby świat bardziej spek – ehm – tura -lnie, czyli szybciej i tego tam, niż zło. I tak sobie myślałem, że to napisał jakiś nienormalny, wiecie, debil jakiś.
– Mówi pan o felietonach tej wariatki z Nowych Perzów? Ja też je czytałem – wtrącił się publicysta InfoSczezłe. – Nawet się do mnie zgłosiła, czy nie chcę co tydzień felietonu za darmo. A ja jej na to, że chyba ją pogięło, i że sama musiałaby mi zapłacić za publikowanie tych pier… tego.
– No, ale miała rację – zauważyła przytomnie protokolantka Sabinka, wstrzymując na kilka sekund nagrywanie, żeby móc się swobodnie roześmiać, na co jej się zbierało od kwadransa. A śmiech miała cudownie koński, przywodzący na myśl swobodny cwał przez prerię czy inną tajgę.
Odpowiedział jej warkotliwy dźwięk, dobywający się z wydatnego brzucha Rolanda Jojajo.
– Gówno na zakręcie trąbi – rzucił Szmatosław w czeluść zapadłej ciszy, pogłębiając ją znacząco.
Beata kopnęła go pod stołem, jednocześnie szczypiąc boleśnie w udo.
– Szszszszrwatwoja – wysyczała bez poruszania ustami, jak ją uczono na warsztatach komunikacji dla polityków.
– No co? – rzucił wesoło Ukwiał, starając się odprężyć drętwe towarzystwo. – Odprężcie się. Tak się mówi, jak komuś warczy w brzuchu, że gówno na zakręcie trąbi.
– Fasola była na lancz – usprawiedliwił się wstydliwie Jojajo. – Ze sosem mięsnym.
Sztab kryzysowy w niczym nie pomógł Rzeczy Wistościom. Ani jedna z normalności nie została ocalona. Szczerze mówiąc, nawet nie została zauważona. Jak zwykle wszyscy skupili się na tym, co nienormalne, czyniąc bezpłodnym każdy wysiłek myślowy (gdyby ktoś się na taki zdobył celowo lub przez przypadek).