Fragment powieści

Grudzień 2011

Pożarłam choinkę, która miała symbolizować drzewko, a teraz jest choinką zjedzoną. Była z czekolady, ja zaś miałam nagłą hipoglikemię. O żadnych żywych choinkach z pobliskiego lasu nie ma mowy. Kiedy się je wytnie nie są już radośnie żywe; są umierające. Po co miałabym spędzać czas w towarzystwie konającego drzewa obwieszonego plastikowym szajsem?
Widziałam sąsiadkę Jadwigę, gdy pędziła z siekierą (i ubłoconym psem wlokącym się z tyłu) do lasu, na przełaj przez nasze pole. Po pewnym czasie widziałam ją, wracającą przez pole na przełaj, z siekierą i choinką (oraz ubłoconym psem, wlokącym się z tyłu). I chyba wiem, gdzie się podziały tamte młode świerki, które posadziliśmy przed wyjazdem na emigrację; ubyło pięć z dziesięciu drzewek.

***
Z okazji Jezusowych narodzin okoliczne sklepy opustoszały z towaru, a wezbrały ludźmi. Nie ma już chleba, jajek ni cebuli, jest za to piwo, wino, wódka, whisky i bełty. Rzeczy konieczne. Rzeczy podstawowe.

***
Gdyby Jezus urodził się trzydzieści lat temu, czy ktoś by Go usłyszał? Nie był przecież typem celebryty. Był antysystemowym, wywrotowym, uduchowionym i pełnym sprzeczności wizjonerem. Widział ludzi. Naprawdę ich widział. Dlatego żył tak krótko; ludzie nie lubią być widziani. 

Moje myśli krążą wokół wykluczonych, dziwacznych, pokracznych, obolałych, biednych, brzydkich, zdradzonych, zrozpaczonych, samotnych. Tych, co mieli pecha i tych samychsobiewinnych. Myślę o Dziewczynce F. leżącej na śmierdzącym materacu w blaszanej puszce, przez urzędników zwanej  holenderskim domkiem. Czy mama znowu nakarmiła ją skwaśniałą zupą? Czy zmieniła jej pieluchę? Czy jest jej za gorąco, bo tata podłączył prąd na lewo i grzeje na maksa, czy może drży z zimna pod przesikanym kocykiem, bo tatę przyłapali i w puszce zrobiło się zimniej niż na zewnątrz?

Myślę o panu Gruszce. Tydzień temu tak się pokłócił z rodziną, że wsiadł na rower i pojechał przed siebie. Z rozrusznikiem serca i cewnikiem. Z zapiekłym gniewem w swym osiemdziesięcioletnim sercu, a gniew taki działa jak dodatkowy rozrusznik; i wszyscy widzieli, jak pedałował pod górę i pod wiatr. Czy go jeszcze zobaczę?

Pan Cudny spędzi Wigilię w kotłowni. Naciągnie kapotę na łeb i będzie spał. Wolałby robić to, co zawsze, czyli stać pod sklepem, ale  w Wigilię  o czternastej zamkną sklep  i musi się gdzieś  podziać. W kotłowni jest ciepło i nie słychać co dzieje się w domu. To dobrze, bo serce go boli i szlag go trafia, że własnymi rękami stawiał pustak na pustaku, a teraz nie wpuszczają go za próg. Nie wpuszczają, twierdzi, bo jest już stary i słaby. Kiedy był młodszy i silny, tak rozstawiał wszystkich po kątach, że bali się głośniej odetchnąć. Cisnąć o ścianę też potrafił, albo spuścić srogie manto, jeśli się stawiali i za bardzo mu działali na nerwy. I nie musiał spijać zwietrzałych resztek z wyrzuconych puszek po piwie, bo stać go było na własną flaszkę. Albo i dwie.

Agata planowała ugotować kapustę z grzybami, a wyszedł bigos. Zanim kierowniczka marketu wyskoczyła z wrzaskiem (wynocha mie stąd, bo policjem wezwem!), udało jej się złapać paczkę baleronu. Stąd bigos, chociaż trochę grzech, bo post. W kontenerze było sporo mandarynek (musi przebrać, bo trochę nadgniłe), banany i kilka serków waniliowych. Agata nie rozumie, dlaczego nie wolno wziąć tego, co sklep (przepraszam: market) wyrzuca do śmietnika. Chociaż przed Bożym Narodzeniem daliby biednemu żyć.

fragment nowej, niepublikowanej powieści „Skrzynki do umierania”