Dekownicy

Bob May / CC BY-NC-SA 2.0

Epidemia w pewnym sensie przypomina wojnę, powiedział doświadczony, emerytowany medyk. Na froncie ryzyko ponoszą zmęczeni, przepracowani lekarze, pielęgniarki, salowe, ratownicy. Na tyłach dekownicy urządzają się wygodnie, wznosząc barykady zbudowane z usprawiedliwień, zarządzeń i drzwi zamkniętych na cztery spusty.

Epidemia odsłania pokłady poświęcenia i życzliwości.

Ale też:

Epidemia odsłania bezmiar demoralizacji.

Na kogo trafisz, gdy zachorujesz?

Na bohatera, czy na dekownika?

Na lekarza, czy na konowała, do którego dostępu bronią zastępy pielęgniarek?

Nagła choroba, szok, zmieszanie, zagubienie. Alarmujące wyniki badań. Dzwonisz do przychodni; proszę mnie zapisać do lekarza.

– Ale…

Od tej chwili każde zdanie po drugiej stronie zaczyna się od ale.

Byle cię zniechęcić, odesłać. Musisz wytłumaczyć detalicznie, dlaczego uważasz, że potrzebny ci kontakt z lekarzem. No, skoro już musisz, nalegasz… Ale tylko telefonicznie, możliwa jest tylko teleporada.

Teleporada kojarzy ci się z wróżką albo poradą przy zamawianiu jedzenia z dowozem. Nie trzeba ci porady, tylko lekarskiego badania. Nie chcesz, żeby lekarz zgadywał jak bije twoje serce, jakie masz ciśnienie, co boli tam, gdzie boli.

Wreszcie udaje ci się wybłagać wizytę.

Jedziesz. Stoisz pod drzwiami jak pies, w pełnym słońcu na betonowym dziedzińcu, w upalne popołudnie 18 sierpnia. Nie wolno ci wejść do chłodnej poczekalni. Prosisz, żeby ci pozwolono skorzystać z toalety, łowisz krzywe spojrzenie, westchnienie jakże zniecierpliwione; no już dobrze, proszę wejść. Ale zaraz wyjść.

Wreszcie cię wołają, co za ulga, lekarz przyjmie. Chcesz wejść z bliską osobą, masz taką potrzebę, takie prawo. Natychmiast czujesz Opór i Niechęć. I znowu procedura błagania, tłumaczenia się, pod tymi drzwiami.

[Na twarzach macie maski, dezynfekujecie dłonie, jesteście gotowi wziąć gorącą kąpiel w denaturacie, byle tylko was wpuścili do środka. Tak się was boją, że traktują jak chodzącą zarazę. Po godzinach pracy, na zakupach w Biedronce już się nie boją.]

W końcu wchodzicie, lekarzowi się nie podoba, że we dwoje. Już zaczyna swoje ja tu decyduję. Usłyszysz to jeszcze wiele razy w tym gabinecie.

Ja.

Tu.

Decyduję.

Nie dostaniesz informacji, pokrzepienia, uwagi. Ale zostanie ci po stokroć powtórzone, kto jest bogiem w twojej sprawie.

Czujesz, że jesteś intruzem. Lekarz cię nie bada, nawet na ciebie nie patrzy. Wypisuje skierowanie do laboratorium. Musisz jechać kilkadziesiąt kilometrów, bo punkt pobrań nieczynny z powodu epidemii. Wysyłają cię zatem w do miejsca, gdzie ryzyko zakażenia rośnie – do szpitala, do miasta, w tłum ludzi.

Masz po dwóch dniach te wyniki, dzwonisz, żeby się zapisać na wizytę, niech się już zacznie jakieś leczenie, boisz się, bo wyniki fatalne.

Znowu trzeba przedrzeć się przez zasieki ale, ale, ale, czy to konieczne żeby do doktora, a czy doktor się zgodził przyjąć, nie, proszę zadzwonić jeszcze raz jutro rano bo teraz to ja nie zarejestruję.

-Dlaczego mam dzwonić rano, przecież właśnie dzwonię? – dziwisz się.

– Bo tak.

Wreszcie jesteś w gabinecie, lekarz wściekły, wrzeszczy proszę mi stąd natychmiast wyjść!, wyrzucając na korytarz osobę, która ci towarzyszy. Ja decyduję, kto może być obecny w gabinecie, mówi. Jak się nie podoba, to proszę zmienić przychodnię, dodaje.

Wypisuje recepty, wygłaszając ponure prognozy na temat twojego zdrowia. Wychodzisz zdruzgotany, upokorzony.

Jeszcze nie wiesz, że lekarz dokonuje swojej małej, kieszonkowej zemsty, zapisując ci paski do glukometru na sto procent, żeby cię walnęło po kieszeni. Dowiesz się o tym w aptece, ale za żadne skarby nie chcesz wrócić w tamto miejsce.

Niemal słyszysz, jak Hipokrates przewraca się w grobie.

Masz ochotę gdzieś się poskarżyć na takie traktowanie, czujesz się jak zmielony śmieć. Ale w końcu machasz ręką, płacisz w aptece za te paski, pies cię trącał, lekarzu-dekowniku, zabarykadowany w gminnej przychodni. Obyśmy się nigdy więcej nie spotkali.