
Wyprostuj się! – krzyczy mężczyzna w ciemnym (a może tylko brudnym) płaszczu. Nie brzmi sympatycznie. A i uroda jego pozostawia wiele do życzenia.
Nie wiem, jak mam to zrobić. Im bardziej chcę stanąć prosto, tym bardziej jestem pochylona; stoję niepewnie, widząc jedynie własne buty, okropnie ubłocone. Zanim zrobię obchód, muszę je jakoś wyczyścić.
Za chwilę zostanę zupełnie sama w tym wielkim, pełnym zakamarków i przybudówek domu. Mam pilnować, żeby w nocy do środka nie dostali się Obcy. Jestem kimś w rodzaju dozorczyni.
Ludzie, ubrani w garnitury lub garsonki typowe dla dreskodu urzędników, idą tłumnie ku dwuskrzydłowym, przeszklonym frontowym drzwiom, schodząc po schodach wyłożonych rudą wykładziną. Zostawiają ślady, które mnie martwią, bo do mnie należy też utrzymanie tutaj porządku.
Jeszcze bardziej martwią mnie drzwi; brakuje w nich zamka, jest tylko dziura pod przerdzewiałą klamką. Jak mam je zamknąć?
– A te pokoje, w których są diamenty i bursztyny mają w ogóle jakieś zamki? – wołam do wychodzących, ale nikt nie zwraca na mnie uwagi.
Uświadamiam sobie, że zostałam sama. Że jest już noc, a ja stoję w otwartych drzwiach, w jaskrawym świetle kryształowego żyrandola, bujającego się nad moją głową. Wyczuwam, że z ciemności ktoś/coś mi się przygląda.
Dom ma boczne i tylne wejścia, których nie mogę zobaczyć, ale wiem, że są otwarte. Czuję coraz większy lęk, który zaczyna mi paraliżować oddychanie, gdy zauważam, że siatkowe ogrodzenie oddzielające dom od reszty świata jest w wielu miejscach dziurawe.
I właśnie przez jedną z tych dziur ktoś się przedostał… nadchodzi!!!
To jacyś młodzi mężczyźni w roboczych ubraniach upapranych cementem i farbą. Jeden z nich, wysoki, w czerwonym postrzępionym swetrze mija mnie i idzie prosto na schody. Krzyczę:
– Tu nie wolno!
Ale tylko wzrusza ramionami i mówi w jakimś obcym języku, który jednak rozumiem, że nocą też gdzieś muszą korzystać z toalety.
Mam okropną pewność, że sama sobie tutaj nie poradzę. I co ze mną zrobią, gdy rano się okaże, że ci mężczyźni coś ukradli albo zniszczyli?
Jestem wściekła na ludzi, którzy zostawili mnie zupełnie bezbronną w domu pozbawionym zamków, bez przyzwoitego ogrodzenia, w domu pełnym ciemnych zakamarków, z pokojami, w których ukryto jakieś skarby…
Wezmę sobie przynajmniej te kurtki, które dostałam jako zaliczkę za pracę. Tylko muszę je oznaczyć, która jest dla kogo, bo wszystkie są różowe. Biorę różowy flamaster i ostrożnie piszę na podszewce MAMA. Na drugiej miało być TATA, ale widzę, że będzie na niego za mała, to rozmiar dziecięcy. I czy mój ojciec w ogóle będzie chciał nosić różową kurtkę, jeśli uda mi się ją rozciągnąć do jego rozmiaru?
Muszę już iść, wracać do domu, bo nie wiem, czy zamknęłam drzwi i czy nie zostawiłam w środku głodnych kotów. Tymczasem widzę, że wszystkie wyjścia i okna zniknęły. Została jedynie niewielka, zasłonięta plastikową żaluzją szczelina w betonowym stropie. Patrzę w górę, ten niby lufcik jest wysoko, jak ja się tam dostanę?
I przecież to jest za wąskie, za małe, żebym się przecisnęła. Jednak odczuwam wewnętrzną pewność, że mogę się w szczelinę zmieścić, jeżeli tylko naprawdę w to uwierzę. Więc z całej siły pragnę uwierzyć, że mogę się tędy wydostać.
Jacyś ludzie toczą w pobliżu ożywioną, skomplikowaną rozmowę. Gdyby mnie trochę podnieśli i popchnęli w górę, mogłoby się udać. Próbuję im zasygnalizować, że potrzebna mi pomoc, ale ignorują mnie, rozmawiają dalej.
Wpycham na siłę głowę w tę dziurę, zsuwa mi się czapka i bolą uszy, boje się, bo nie wiem, co jest dalej, przed sobą mam ciemność. Wiem tylko, że wolę spróbować się wydostać, niż zostać tu, gdzie jestem.
Koniec.