Kości krów

[ Fragment czwartej, ostatniej części Dziuni ]

Stara chałupa miała trzy okna, jedno szklane, drugie z bielmem, a trzecie zabite deskami. Tamtego listopada, nadchodzącemu od Starych Perzów rzucałby się w oczy żółknący płat styropianu utknięty w okiennej ramie i oblepiony watą. Paskudne to było i dziadowskie, ale, prawdę mówiąc, od Starych Perzów rzadko ktoś nadchodził, a w ogóle to z żadnej strony nikt się nie kwapił, bo po co na to zadupie. (Oprócz mieszkającej kilkaset metrów w głąb lasu Mańki Pobożnej, jej syna i ich psa, ale też do czasu. A zresztą chałupa Pobożnych była jeszcze ohydniejsza, oślizła, pokryta brudem i czarnym liszajem grzyba.)
W takich okolicznościach Dziunia postawiła kilka nieśmiałych kroków w pierwszej (i ostatniej) prawdziwej ucieczce od wszystkiego, co się mieści w pojęciu “normalne życie”. Jeśli bowiem ktoś nie czuje się normalny, myślała, to nigdy się w normalnym życiu nie umości i umrze nieszczęśliwy, próbując. Dziunia nie chciała umierać nieszczęśliwa, co było głupie, bo przecież umieranie w stanie beznadziei jest chyba łatwiejsze do zniesienia, niż umieranie w poczuciu spełnienia i zadowolenia z życia. Albo i nie. Jej sprawa.

Czytaj dalej →

Gutta cavat lápidem

„W związku ze złożeniem przez Panią skargi na postępowanie lekarza Szpitalnego Oddziału Ratunkowego, Dyrekcja SP ZZOZ w Przasnyszu informuje, że z dniem 27.09. br. wszczęto postępowanie wyjaśniające w tej sprawie. Celem postępowania jest szczegółowe zbadanie okoliczności opisanych w skardze oraz ustalenie, czy doszło do naruszenia obowiązujących standardów i procedur.”

Zatem do przodu. Przyznam, że jestem ciekawa i w napięciu będę czekać na ustalenie, „czy doszło do naruszenia obowiązujących standardów i procedur”, bo nawet jeśli to się może zdawać oczywiste (że doszło), to prawdziwa odpowiedź kryje się w owych standardach i procedurach, o których wiem niewiele. Gdyby się miało okazać, że standardem szpitala w Przasnyszu jest wzywanie policji w obliczu wizyty bliskich pytających o stan chorego celem ulżenia ciężkiej doli bardzo zmęczonych lekarzy, to koniec, nic nie zrobimy. Kto bowiem ustala standardy? Przecież nie pacjent, a tym bardziej jego żona. A co, jeśli procedury przewidują wyrzucanie natrętnych żon za drzwi i przetrzymywanie pacjenta do czasu przyjazdu policji? Może to jest gdzieś zapisane w księgach, a ja głupia, skupiając się na prawach pacjenta straciłam z oczu prawo lekarza do bycia przemocowym Ja Tu Rządzę chamem? Zobaczymy i na pewno dowiemy się więcej o standardach i procedurach.

Czytaj dalej →

Pobojowisko

Bob May / CC BY-NC-SA 2.0

Jest sobota dwudziestego ósmego września. Na zewnątrz dość ciepło, nawet trochę słońca i świergot ptaszków. Ostatnie róże rozwijają się w pośpiechu, pachnąc. Psy drzemią na swoich posłaniach, koty zaś na moich. Tylko żyć i cieszyć się życiem, prawda? Bla, bla.

Nieprawda. Nie mogę dojść do równowagi, zburzonej wydarzeniami z 23 września. Im więcej czasu upływa, tym ze mną gorzej. Oszczędzę wam szczegółów. Jestem po prostu emocjonalnym i fizycznym pobojowiskiem. To oczywiście minie. Tylko przetrwać.

Czytaj dalej →

Thriller medyczny albo zawiadomienie o incydencie w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym szpitala w Przasnyszu

Osoby dramatu:

Pacjent Krzysztof Nowakowski, lat 62

Osoba bliska, żona Anna M. Nowakowska, lat 65

Lekarz dyżurny SOR Krzysztof Kozakiewicz lekarz NPWZ 2407833

Miejsce: Szpitalny Oddział Ratunkowy, ul. Sadowa 9, 06-300 Przasnysz

Narracja: wyżej wspomniana żona

23 września 2024 w godzinach porannych (około 10.00) mój mąż Krzysztof Nowakowski, lat 62, został zabrany przez karetkę (zespół z Jednorożca) i przewieziony do SOR w Przasnyszu. Jeszcze w domu zostało mu założone wkłucie dożylne i podano płyn wieloelektrolitowy z powodu silnego odwodnienia. Spowodowały ten stan uporczywe kilkudniowe torsje, będące opóźnioną reakcją po pierwszej turze chemioterapii, podanej w oddziale onkologii w szpitalu (Warszawa, ul. Wołoska) 17 września 2024. Mąż jest chory na nowotwór płuca z przerzutami do kości kręgosłupa. Był odwodniony, osłabiony, nie był w stanie przyjmować  płynów ani leków przepisanych przez lekarza, w tym leków przeciwbólowych. Opisuję to, żeby było absolutnie jasne, w jakim stanie pacjent został przyjęty na SOR Przasnysz.

Czytaj dalej →

Mocny jak te drzewa

Józefa pochowali. Tłumów nie było. Nie to co kilka dni wcześniej, gdy odprowadzali Władysława z tych bogaczy co mają dwadzieścia jeden tirów i skład opału. Tam za trumną szedł tłum, chociaż słońce prażyło bez litości i asfalt się topił. Ciężko teraz znaleźć skrawek cienia, skoro proboszcz, gdy tylko w tej parafii nastał, kazał wyciąć wszystkie drzewa w alei i przy cmentarzu, a drewno sprzedał. Piękne to były drzewa, stare. Lipy, kasztanowce i klony. Józef wtedy płakał, nie spał po nocach; przecież wiele z nich sam sadził, jako młody chłopak.  Jak tylko wrócił z partyzantki, ucałował ojca i matkę, obrał się z wszy, wygoił wrzody,  tak zaczął sadzić te drzewa Bogu w podzięce za ocalenie od pewnej śmierci i za to, że nie musiał nikogo z bliska zabić. Chciał, żeby przy ocalałym kościółku było pięknie, żeby drzewa dawały cień procesjom w Boże Ciało i na odpustach.

Czytaj dalej →

Dziunia, koniec historii

Bob May / CC BY-NC-SA 2.0

[Fragment czwartej, ostatniej części Dziuni (w pisaniu)]

Miły Młody Urzędnik, zamierzający (kiedyś, w przyszłości) wspinać się po szczeblach kariery urzędniczej, by w odpowiedniej chwili wejść do polityki, zasłabł. Upadł. Na sekundę ocknął się; jeszcze próbował wstać, uśmiechnął się nawet, tak przynajmniej pomyślała jego narzeczona, podobnie, jak jej walnięty wujek. Nie był to jednak uśmiech, tylko uśmiechopodobny skurcz mięśni twarzy kogoś, kogo boli. Bardzo boli.
Psychoza maniakalna wuja Cześka zawiesiła się na moment. Nagle uzdrowiony, próbował przez szesnaście minut i szesnaście sekund ratować narzeczonego siostrzenicy, trzydzieści uciśnięć – dwa oddechy, co pamiętał jeszcze ze studiów medycznych. Później resuscytację przejęli dwaj przechodnie, a jeden od razu powiedział to już koniec, koniec ja pierdolę, dajcie mu spokój bo to jest zgon, co to za chujostwo tu leży, zabierzcie to, ja pierdolę no.
Więc wujo znowu się odkleił, wszedł w swoją ciemność i zapakował królicze truchło do skórzanej teczki typu aktówka, a jego siostrzenica, jeszcze nie żona a już wdowa po Miłym Młodym Urzędniku pokazywała go palcem, powtarzając zabiłeś, zabiłeś, zabiłeś.

Czytaj dalej →

Dziunia, koniec historii

Bob May / CC BY-NC-SA 2.0

[Fragment czwartej, ostatniej części Dziuni (w pisaniu)]

Wtedy Roland Jojajo odezwał się poza ustaloną kolejnością:
– Jedno emaptyczne niemowlę, noworodek nawet, jest w stanie zarazić, zakazić czy chuj wie co, kilkunastu dorosłych. Nawet obcokrajowców – dodał, żeby niczego nie pozostawiać w niejasności.
– A przypomnijcie sobie państwo – wszedł mu w słowo właściciel sklepów wielobranżowych, który na spotkaniu kryzysowym reprezentował obronę cywilną – jak Łempa Kępińska dostała ataku histerii na stoisku mięsnym w Gie. I co się tam zaraz podziało, jak wszyscy płakali i bili się w piersi…
– Kępa Łempińska – sprostowała dyrektorka banku. – To było na trzeci dzień po porodzie, wróciła ona z dzieciątkiem do domu i zaraz ją pojebało dokładnie.
– Dokładnie! – Zgodził się publicysta InfoSczezłe. – Zarażają, czy też zakażają…
– Czy chuj wie jak to się roznosi – wtrącił Roland Jojajo.
– … już kilkudniowe osełki!

Czytaj dalej →

Fragment powieści

Grudzień 2011

Pożarłam choinkę, która miała symbolizować drzewko, a teraz jest choinką zjedzoną. Była z czekolady, ja zaś miałam nagłą hipoglikemię. O żadnych żywych choinkach z pobliskiego lasu nie ma mowy. Kiedy się je wytnie nie są już radośnie żywe; są umierające. Po co miałabym spędzać czas w towarzystwie konającego drzewa obwieszonego plastikowym szajsem?
Widziałam sąsiadkę Jadwigę, gdy pędziła z siekierą (i ubłoconym psem wlokącym się z tyłu) do lasu, na przełaj przez nasze pole. Po pewnym czasie widziałam ją, wracającą przez pole na przełaj, z siekierą i choinką (oraz ubłoconym psem, wlokącym się z tyłu). I chyba wiem, gdzie się podziały tamte młode świerki, które posadziliśmy przed wyjazdem na emigrację; ubyło pięć z dziesięciu drzewek.

***
Z okazji Jezusowych narodzin okoliczne sklepy opustoszały z towaru, a wezbrały ludźmi. Nie ma już chleba, jajek ni cebuli, jest za to piwo, wino, wódka, whisky i bełty. Rzeczy konieczne. Rzeczy podstawowe.

Czytaj dalej →