[ Fragment czwartej, ostatniej części Dziuni ]
Stara chałupa miała trzy okna, jedno szklane, drugie z bielmem, a trzecie zabite deskami. Tamtego listopada, nadchodzącemu od Starych Perzów rzucałby się w oczy żółknący płat styropianu utknięty w okiennej ramie i oblepiony watą. Paskudne to było i dziadowskie, ale, prawdę mówiąc, od Starych Perzów rzadko ktoś nadchodził, a w ogóle to z żadnej strony nikt się nie kwapił, bo po co na to zadupie. (Oprócz mieszkającej kilkaset metrów w głąb lasu Mańki Pobożnej, jej syna i ich psa, ale też do czasu. A zresztą chałupa Pobożnych była jeszcze ohydniejsza, oślizła, pokryta brudem i czarnym liszajem grzyba.)
W takich okolicznościach Dziunia postawiła kilka nieśmiałych kroków w pierwszej (i ostatniej) prawdziwej ucieczce od wszystkiego, co się mieści w pojęciu “normalne życie”. Jeśli bowiem ktoś nie czuje się normalny, myślała, to nigdy się w normalnym życiu nie umości i umrze nieszczęśliwy, próbując. Dziunia nie chciała umierać nieszczęśliwa, co było głupie, bo przecież umieranie w stanie beznadziei jest chyba łatwiejsze do zniesienia, niż umieranie w poczuciu spełnienia i zadowolenia z życia. Albo i nie. Jej sprawa.